Homilia w Sopocie 28.VI.2025

Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». W tym roku jubileuszowym, w tym roku nadziei, Jezus znowu dziś mówi do każdego z nas: Nie bój się, Ja jestem z Tobą, będziesz uczestniczył w misji ewangelizacji świata, będziesz siewcą pokoju i radości na cały świat.

Św. Josemaría poszedł do domu Ojca pięćdziesiąt lat temu. Nie wiem czy ktoś za was obecnych pamięta ten dzień, czyli czwartek 26 czerwca 1975 r. Ja pamiętam doskonały. Byłem w Madrycie w tak zwany Centrum Studium, studiowałem trzeciego roku matematyki na starym Uniwersytecie Centralnym czyli Complutensis. Już od czterech lat należałem do Opus Dei i kilka razy w Madrycie i w Rzymie miałem okazję być obecnym z założycielem. W tym czwartek mieliśmy obiad, spotkanie rodzinne i od razu później różaniec. Po różańcu, około godziny piętnastej trzydzieści widziałem dyrektora i kapelana Ośrodka Akademickiego Santillana z oczami pełnymi łez. Byłem zaskoczony.

Dyrektor zawołał nas do saloniku ponad pięćdziesięciu młody studentów numerariuszów z Opus Dei, i powiedział: nasz Ojciec umarł dziś około po południu w Rzymie – idźmy do kaplicy, aby się modlić. Tam, patrząc na Jezusa w Tabernakulum czułem, że nasz Ojciec już jest w niebie i prosiłem o jego wstawiennictwo, byśmy byli wierni. Ta łaska od Pana Boga – wytrwać do końca w własnym powołaniu, jest najważniejszą łaską i ją prosiłem już wtedy dla mnie i dla tych, co byli wtedy ze mną, za wstawiennictwo założyciela Dzieła.

Błogosławiony Álvaro, który żył blisko niego przez wiele lat, wyjaśnił to w ten sposób: „Nasz Ojciec wychował nas do nadprzyrodzonego życia Bożym powołaniem, karmił nas swoim duchem, formował nas i utwierdzał w wierze, dawał nam oparcie, gdy wokół nas wszystko stawało się wątpliwe, kierował naszymi krokami, dawał nam ciepło swojego serca rozkochanego w Bogu, pocieszał nas w smutkach i napełniał naszą drogę radością, uczył nas kochać, przyoblekł naszą słabość w swoją siłę, czyniąc w ten sposób możliwą naszą wierność. Dlatego, ponieważ żyliśmy tym sposobem jego życiem i jakby jego kosztem, kiedy Pan wezwał go do ostatecznego przebywania w swojej obecności 26 czerwca, przez krótką chwilę niejednemu z nas wydawało się, że wszystko dla nas umiera”. Wystarczy krótka chwila, by zdać sobie sprawę, że Bóg nigdy nie opuszcza swoich.

„Musisz odkryć, kim jesteś, i rozwinąć swój własny sposób bycia świętym, niezależnie od tego, co mówią i myślą inni. Stawać się świętym to stawać się pełniej sobą, być tym, co Bóg zechciał wymarzyć i stworzyć, a nie tylko kopią. Twoje życie powinno być proroczym bodźcem, który byłby natchnieniem dla innych, pozostawiającym ślad w tym świecie, ten wyjątkowy znak, który tylko ty możesz zostawić”. Papież Franciszek.

Bóg wzywa nas do nieustraszonego podjęcia naszej osobistej misji w świecie, zachęcając nas do tego w życiu świętych. „Jest to wezwanie do tego, aby każdy z nas, z naszymi osobistymi zasobami duchowymi i intelektualnymi, z naszymi umiejętnościami zawodowymi lub doświadczeniem życiowym, a także z naszymi ograniczeniami i słabościami, starał się rozpoznać, w jaki sposób może coraz lepiej uczestniczyć w tym wielkim zadaniu, jakim jest postawienie Chrystusa na szczycie wszystkich ludzkich działań”

Każdy dzień, najukochańsze Dzieci, powinien być świadkiem naszego starania o wypełnienie misji, którą w swoim miłosierdziu powierzył nam Bóg. Serce Jezusa jest sercem miłosiernym, współczującym ludziom i będącym blisko nich. Nasze oddanie służbie duszom to przejaw miłosierdzia Bożego w stosunku do nas samych i do całej ludzkości. Bóg powołał nas do uświęcania się w zwyczajnym, codziennym życiu i do ukazywania innym, każdemu w okolicznościach jego stanu — providentes, non coacte, sed spontanee secundum Deum; roztropnie, dobrowolnie, spontanicznie, zgodnie z wolą Bożą1 — drogi do świętości pośród świata. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum — opowiada nam Ewangelia — zlitował się nad nimi. Dzieci moje, Jezus kieruje oczy i serce ku tłumowi, czyli ku wszystkim ludziom, a my Go naśladujemy. Taki jest sens naszego powołania, które otrzymaliśmy od Boga. List nr 1

Św. Josemaria Escriva mówił: „Gdy staję u stóp ołtarza, aby rozpocząć Mszę Świętą i wypowiadam inwokację: Introibo ad altare Dei, odpowiadają mi: Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam (Ps 42, 4). Wtedy czuję się młody, pełen waszej młodości i wiecznej młodości Boga i czuję, jak w sercu wzbiera mi dwudziestoletnia, krzepka i płomienna krew. Z tymi słowami na ustach już pragnę wejść po stopniach ołtarza. Przestępuję do ołtarza pełen tęsknoty i nie tylko wyciągam nad nim ręce, ale obejmuję go czule i całuję jak zakochany, ob. Jestem naprawdę zakochany! Byłoby błędem, gdyby tak nie było!

Volver a escribir

Uno se sienta otra vez al frente de la pantalla y se hace una serie de preguntas fundamentales: ¿por qué escribir, para quien teclear la claviatura, qué es lo que hago ahora?

Hace años escribí unos mil post en este wordpress y los borré sin posibilidad de volver a recuperarlos. Dejé de escribir pues me di cuenta que era aquello un buscarse a si mismo sin posibilidad de apertura a los demás. Me he convencido que plasmar en los medios de comunicación las propias ideas, experiencias, vivencias, fotografias o pelis es algo que lleva de por sí a una afirmación del propio ego. Sí, ciertamente es muy facil engañarse diciendo que lo hacemos por y para los demás, en definitiva uno se está buscando a sí mismo y su autoafirmación, no dejamos de afirmar nuestro yo en todo lo que hacemos.

¿Es esta una postura cristiana? No. Ser cristiano es una lucha para dejar de ser el centro y centrarse en Cristo y por El, con El y en El centrarse en los demás. No es fácil ser cristiano, no es fácil ser sacerdote, no es fácil ser santo.

He dejado de escribir. ¿Por qué razón o motivo? Muy sencillo: la salud me lo impide. Llevo diez minutos sentado en frente de este ordenador y se muy bien, que para escribir algo que se leible, interesante y que aporte algo, hay que sentarse un buen rato, pensar y sin música -yo por lo menos- teclear, corregir, quitar, pegar… hay que estar sentado un buen rato: un buen artículo de dos o tres folios conlleva por lo menos una hora de sentada. Mi columna no me lo permite. No puedo estar sentado más de media hora. Cuando estoy en el confesionario hago ejercicios de todo tipo entre penitente y penitente: aguanto porque no hay más remedio, no hay más tu tía.

Por eso me he dedicado últimamente al ejercicio físico, que aunque según el decir de san Pablo no es muy útil, pue es el ejercicio de la piedad lo verdaderamente provechoso para el hombre, hay que añadir que cuando el cuerpo funciona el alma se despierta y funciona también mejor. Las dualidades platónico agustinianas nunca me han convencido. Preferio la tridimensión antropológica del ser humano: cuerpo, alma y espíritu. Desde la dimensión espiritual, que es una realidad relacional – capax Dei- se entiende mejor la visión del cielo: la resurrección del cuerpo en su realidad espiritual.

Acabamos este año 2025, año de la esperanza. Bueno todavía quedan un par de meses. Para mi este año jubilar ha sido un año de alegría y retos deportivos. He participado y acabado el IronMan 70.3 el 8 de junio en Varsovia con un tiempo de 7 horas 11 minutos, mi primer medio IronMan¨! Y el 28 de septiembre corrí, también en Varsovia mi primer maratón en 4h28´. Pienso que debería cuidar de mi desarrollo espiritual por lo menos tanto como cuido mi cuerpo para estar en forma. Ese es mi deseo, ese es mi propósito Deo adiuvante!