Wywiad z kardynałem Ratzingerem – 2004 r. KAI

obserwujemy swoistą schizofrenię polityka katolika, który prywatnie chce być wiernym katolikiem, natomiast publicznie jest przekonany, że nie powinien przenosić swoich osobistych poglądów do sfery publicznej, tłumacząc się koniecznością przestrzegania pluralizmu

Kard. Ratzinger: Chrześcijaństwo jest drogą, którą winniśmy podążać także pod prąd!


Publikujemy wywiad jakiego udzieli były prefekt Kongregacji Nauki Wiary Katolickiej Agencji Informacyjnej w lipcu 2004 r.

KAI: W swoim wystąpieniu w parlamencie włoskim, które wywołało ogromną sensację, Eminencja powiedział, że dziś Europa przypomina nieco Cesarstwo Rzymskie u jego schyłku…. Co na to wskazuje?

Kard. J. R.: Oczywiście są też znaczne różnice pomiędzy Europą dziś, a okresem końca Cesarstwa Rzymskiego. Przyjrzyjmy się jednak pewnym analogiom. Oto z jednej strony obserwujemy dziś (tak jak w schyłkowym okresie Cesarstwa) wielką falę imigracji. Zmienia to strukturę ludnościową Europy, i to nie tylko strukturę społeczną, ale przede wszystkim ideową i duchową. Z drugiej strony dostrzegamy dość znaczne zmęczenie Europejczyków. Na Zachodzie zdają się oni obawiać przyszłości lub brakuje im woli. Świadczy o tym chociażby spadek liczby urodzeń. Coraz mniejsza jest liczba mieszkańców Europy. Na dodatek nie chcą oni mieć dzieci. Jeśli zatem Europejczycy ograniczają swoją perspektywę patrzenia wyłącznie do dnia dzisiejszego, nie mając odwagi ani gotowości służenia przyszłości, to przewagę zdobędą inni.

To widoczne zmęczenie Europejczyków – fizyczne i biologiczne – jest z pewnością wyrazem zmęczenia ideowego i duchowego. Jest dowodem, że Europa nie ma już wiary w wartości, które stworzyły ten kontynent. Przede wszystkim zaś świadczy o egoizmie, polegającym na chęci życia tylko dla siebie. Ufam, ze proces ten nie jest nieodwracalny. W historii zawsze mogą zdarzyć się niespodzianki.

Konstatując powiedziałbym, że Europie grozi utrata samej siebie, zaprzeczenie samej sobie. Dowodem tego jest też “nie”, powiedziane wobec oczywistego faktu dotyczącego jej początków i chrześcijańskiego dziedzictwa. Ale możemy mieć nadzieję, że nawet mniejszość, jeśli cechować ją będzie głębokie przekonanie i równie głęboka siła duchowa, może odrodzić tę starą Europę.

KAI: Istotnie, pierwszego maja, wraz z przystąpieniem do Unii Europejskiej nowych państw członkowskich, pojawiły się nowe siły, świeża krew, jak się u nas mówi. Porozmawiajmy o jednym z tych państw, czyli o Polsce. Jak Ksiądz Kardynał postrzega Kościół w Polsce na mapie Kościoła powszechnego: co nasz Kościół wnosi, a czego potrzebuje, czego w tym nowym kontekście powinni nauczyć się nasi katolicy, ich pasterze?

Nie śmiem pouczać polskich biskupów, co teraz powinni robić… Zacznijmy od faktów. W Polsce nadal bardzo silne jest powszechne utożsamianie się z chrześcijaństwem, jako jedną z podstaw tożsamości narodu. Wartości chrześcijańskie – z pewnością nie bez wewnętrznego oporu – pozostają rękojmią tożsamości polskiego społeczeństwa, świadomości godności człowieka, słowem, siłą która otwiera przyszłość. Obecna w Polsce świadomość żywych korzeni chrześcijańskich wyraża się m. in. w bogactwie powołań, które są ogromnym dobrem, a zarazem czymś wyjątkowym w Europie. Powołania zawsze są wyrazem żywotności Kościoła, jego siły duchowej.

Zapewne, w ramach postępującego procesu jednoczenia, różne pokusy z Zachodu z większą siłą wejdą także do Polski. Będą oddziaływać wraz ze zmianami społeczno-politycznymi, których nie da się uniknąć, które zresztą częściowo są także pożądane, np. rozwój handlu, gospodarki… Dobrze wiemy, jak rzeczywistość społeczna, ekonomiczna i polityczna łączy się z realiami duchowymi. W Polsce konieczne będzie podjęcie – jak to się już zresztą czyni – głębokiego dialogu z tymi tendencjami. Z filozofią i myślą zachodnią, która coraz bardziej będzie tu obecna.

Ojciec Święty, gdy jeszcze był arcybiskupem Krakowa – czytamy o tym w jego ostatniej książce – bardzo się troszczył o stworzenie silnej wiarą inteligencji i o jej obecność na płaszczyźnie intelektualnej i społecznej. Wydaje mi się to bardzo ważne dla Europy, i szczególnie właśnie dla Polski: rozwijać myśl filozoficzną, i to taką, która podejmuje dialog z wymogami naszych czasów, z całą empiryczną rzeczywistością, jaka nas otacza. Trzeba nie tylko dostrzegać zgodność między wiarą a współczesną wizją świata, ale także wykazać, że współczesny Kościół i świat potrzebuje dobrze uformowanej inteligencji katolickiej.

Nie znam dokładnie problemów polskiego duszpasterstwa, ale ważne jest, aby polski katolicyzm, tak mocny życiem wiary, miał także tę siłę intelektualną, która podejmuje dialog z wszystkimi nurtami współczesnej myśli. Chciałbym, aby ten polski katolicyzm, nacechowany nie tylko siłą wiary, ale i siłą intelektu, mógł odegrać ważna rolę i poza Polską, w kontekście europejskim.

KAI: Jak Eminencja ocenia fakt, że w preambule do Konstytucji Europejskiej nie umieszczono zapisu o chrześcijańskich korzeniach Europy? Jak obecnie powinni się odnosić do tego dokumentu katolicy, chrześcijanie?

Jestem wdzięczny Ojcu Świętemu, gdyż w jednym ze swych przemówień wyraził piękną syntezę tego, co należy powiedzieć na ten temat. Z jednej strony jesteśmy zadowoleni, że istnieje obecnie wspólna konstytucja europejska, zawierająca także wiele wskazań pozytywnych, przede wszystkim dotyczących publicznego dialogu z Kościołami i na temat praw Kościołów w tym wielkim koncercie nowej Europy. Ale oczywiście Papież wyraża także rozczarowanie z powodu sprzeciwu wobec uznania, że chrześcijańskie korzenie Europy są po prostu faktem historycznym. Nawet Giscard d’Estaing potwierdził kilka dni wcześniej, że owe korzenie religijne, o których mowa w tekście preambuły, są chrześcijańskie. Trudno więc zrozumieć, skąd bierze się tak silny opór wobec oczywistych faktów.

Widać, że mamy tu do czynienia z ideologią laicką, która zakłada, że te historyczne fakty nie powinny być elementem współczesnej świadomości. Odnoszę wrażenie, że religię chce się zamknąć raczej do sfery prywatnej, i tak właśnie pojmowany jest absolutny pluralizm. Ale przypomnijmy, że tak szeroki pluralizm mógł wyrosnąć wyłącznie w obrębie kultury o korzeniach chrześcijańskich. Nieobecny jest on np. w wizji świata opartej na Koranie. Dlatego tak ważne byłoby zapisanie w przyszłej konstytucji tego doświadczenia i chrześcijańskiej inspiracji, z której rozwinęła się przestrzeń wolności, której na imię Europa.

KAI: Od czasów Soboru Watykańskiego II mówi się o dialogu jako o ważnej formie obecności Kościoła we współczesnym świecie. Niekiedy jednak ta dialogiczna postawa związana jest z kompromisem wobec prawdy, której każdy wierzący powinien być świadkiem. Jak złagodzić to napięcie między dążeniem do kompromisu a prawdą?

Powiedziałbym, że najpierw trzeba właściwie zinterpretować i dobrze zrozumieć czym jest dialog i co przez dialog chcemy uzyskać. Nie chcemy, by dialog był tylko czczym gadaniem, wzajemnym potwierdzaniem swoich racji lub upewnianiem się, co do słuszności własnych poglądów. Jeśli przyjrzymy się klasycznemu wzorcowi dialogu u Platona, czy też np. rozmowie Jezusa z Samarytanką, z faryzeuszami czy z rabinami, zobaczymy, że dialog jest drogą poszukiwania prawdy. Nie jest on zatem zamykaniem się w sobie, gdy każdy powtarza własne słowa, co najwyżej starając się przy tym zachować uprzejmość i szacunek wobec drugiej strony. Dialog to droga do prawdy. Taki jest jego podstawowy cel i uzasadnienie. Trzeba razem iść przed siebie i otwierać się na prawdę.

Naturalnie, być może niektórzy chrześcijanie nie są aż tak bardzo przekonani, że prawda jest po naszej stronie, ale zdajemy sobie sprawę, że idąc ku prawdzie drogą wiodącą do Chrystusa, możemy bez obaw rozpocząć dialog. I jest on naprawdę kroczeniem naprzód ku temu celowi, który powinien być wspólny – szukaniem prawdy. Jesteśmy przekonani, że jeśli uczciwie i bez lęku będziemy dążyć do prawdy, będziemy także razem podążać na drodze do Chrystusa.

KAI: Wspomnieliśmy o Soborze Watykańskim II. Jak Eminencja postrzega realizację nauczania Drugiego Soboru Watykańskiego w Kościele w skali globu?

Powiedziałbym, że prawie od początku istniały dwie sprzeczne interpretacje Soboru. Zgodnie z pierwszą, spuścizna i wola Soboru, które należy wcielać w życie i zaszczepiać w Kościele, zawiera się w tekstach przyjętych niemal jednogłośnie przez ojców soborowych.

Ale jest też inna interpretacja, która staje się niestety coraz silniejsza, wedle której dokumenty soborowe są uważane za owoc kompromisu na ówczesnym etapie życia Kościoła. Koncepcja ta zakłada, że nie możemy się nimi kierować, bo zbyt mocno łączą się jeszcze z przeszłością. Jej przedstawiciele uważają, że Sobór Watykański II i to, co stanowiło o jego wyjątkowości, był wydarzeniem samoistnym i powinniśmy podążać teraz nie tyle w świetle przyjętych przezeń tekstów, ile zgodnie z trudno uchwytnym “duchem” tego wydarzenia. Takie podejście stwarza pole dla arbitralnych, subiektywnych interpretacji. W istocie oznacza to zerwanie z tradycją, uwolnienie się od niej, próbę utworzenia czegoś całkiem nowego.

Niestety, ta druga interpretacja – nie odpowiadająca woli ojców soborowych – jest dość powszechnie przyjmowana, m.in. dlatego, że do niej właśnie skłania się znaczna część mass-mediów. Dają one do zrozumienia, że Vaticanum II niemal całkowicie potępił czasy przedsoborowe, tworząc nowy Kościół, zmierzając ku przyszłości poprzez coraz pełniejsze dostosowanie do ducha czasów. A ponieważ takie rozumienie Soboru przeważa – jako zerwanie z przeszłością i przystosowanie się do dzisiejszych czasów – więc oczywiście oddalamy się od prawdziwych intencji Soboru. W efekcie dla znacznej części ludzi, także dla niektórych ludzi Kościoła, nowym urzędem nauczycielskim stają się środki przekazu. To one decydują o duchu czasów; my zaś będziemy musieli iść zgodnie z tym duchem, czyli za tymi wskazaniami.

Tymczasem prawdziwa interpretacja Soboru to ta, która jest wierna dokumentom, oczywiście uwzględniając ich wewnętrzny dynamizm. W prawdziwym życiu Kościoła narodziło się od tego czasu wiele nowych inicjatyw, ruchów, form wspólnej modlitwy itd., które – jeśli nawet są trochę mniej widoczne w świecie, ponieważ nie mają zbyt szerokiej reklamy – stanowią rzeczywisty, żywy owoc Soboru. Nowe pokolenia coraz bardziej zdają sobie sprawę, że postępujemy tu drogą wytyczoną właśnie przez Vaticanum II.

Powiedziałbym, że ogólnie rzecz biorąc chrześcijaństwo nie jest jakimś tylko masowym prądem, ale wspólną drogą, która musimy podążać także pod prąd. W tym sensie, w tych – nie tak widocznych na scenie publicznej, ale tym ważniejszych – środowiskach, dokonuje się stopniowo prawdziwe wcielanie w życie Soboru. Oczywistość tego faktu w świadomości społecznej zaciemnia jednak nieco ten drugi nurt.

KAI: Jak Ksiądz Kardynał postrzega stan politycznego zaangażowania katolików w dzisiejszej Europie? Przed rokiem Kongregacja Nauki Wiary opublikowała znamienny dokument: “Vademecum dla polityków”, w którym następuje wyraźne rozróżnienie między pluralizmem a relatywizmem. W jakiej mierze relatywizm grozi dziś politykom odwołującym się do chrześcijańskiej inspiracji? Co w takim razie znaczy być “politykiem chrześcijańskim”?

Niebezpieczeństwo polega na tym, że pluralizm – słuszny i odpowiadający także strukturze chrześcijaństwa, które otwiera przestrzeń wolności rozumu i jego możliwości – ma tendencję pewnej degeneracji ku relatywizmowi. A wówczas chrześcijanie zaczynają myśleć, że chrześcijaństwo jest tylko jednym spośród wielu głosów, a zatem i oni nie powinni wprowadzać swoich osobistych przekonań na scenę polityczną. Zjawisko to można spotkać dziś zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie Zachodniej. Obserwujemy tam tę swoistą schizofrenię polityka katolika, który prywatnie chce być wiernym katolikiem, natomiast publicznie jest przekonany, że nie powinien przenosić swoich osobistych poglądów do sfery publicznej, tłumacząc to koniecznością przestrzegania pluralizmu.

Za pośrednictwem “Vademecum” chcieliśmy zatem wyjaśnić, że wiara chrześcijańska, nie tylko katolicka, obejmuje dwie sfery: objawia nam prawdy, które wykraczają poza rozum, takie jak wiara w Trójcę Świętą, w przeistoczenie itd., ale nie jest zamknięta tylko w nadprzyrodzonym kręgu.

Chrześcijaństwo od samego początku chciało przemawiać głosem rozumu i – by tak rzec – zmuszać rozum do pracy, przywrócić go jemu samemu, obdarzając słaby rozum wewnętrzną siłą. Jestem przekonany, że podstawową funkcją wiary jest wzbogacanie rozumu pewną nową siłą, która pozwala dostrzegać to, co on sam przeczuwa, ale z trudnością, ponieważ zewnętrzne uwarunkowania zaciemniają jego spojrzenie.

W przeszłości prawo naturalne i naturalne prawo moralne pozwalały znajdować wspólną płaszczyznę pomiędzy różnymi prądami myślenia, agnostycyzmu nie wyłączając. Dzięki temu chrześcijaństwo, oświecone siłami wiary, mogło podjąć racjonalny dialog z innymi przekonaniami. Niestety, niemal zanikła ta wizja naturalnego prawa moralnego wpisanego w sam rozum. Już się jej nie uznaje. Niemniej ma ona fundamentalne znaczenie. Jeśli wielkie wartości moralne byłyby tylko subiektywne, to w jaki sposób moglibyśmy dojść do porozumienia w zasadniczych kwestiach? Dziś niebezpieczeństwo polega na tym, że rozum zostaje sprowadzony wyłącznie do pewnej techniki myślenia, do owoców nauk doświadczalnych, a wszystko inne uważa się za subiektywne. Jest to śmiertelne zagrożenie.

Katolik nie powinien zatem narzucać innym swoich religijnych przekonań, lecz winien wspomagać racjonalny dyskurs. Dyskurs ten powinien brać pod uwagę możliwości umysłu, tworząc w ten sposób racjonalną zgodę, co do podstawowych wartości. W tym sensie wydaje mi się, że katolicy, uznający siłę rozumu i zdolność do dostrzegania wspólnych fundamentów, mają w polityce wielką misję do spełnienia. Tego właśnie wymiaru współczesnej polityce bardzo brakuje.

KAI: Jednak druga strona, by tak rzec, idzie jeszcze dalej: już nie neguje samej tylko prawdy, ale także fakty. Mówi się: nie możemy oceniać faktów, jedynie nasze interpretacje….

Tak, tak. To bardzo niebezpieczne zjawisko, to rozbijanie wszystkiego. Widać jednak coraz wyraźniej, że społeczeństwo w ten sposób nie może żyć. Gdyby przezwyciężenie subiektywizmu nie było możliwe, w jaki sposób mielibyśmy budować wspólne życie?

Do historii już przeszły słowa Ojca Świętego Jana Pawła II o “nowej wiośnie Kościoła”, którą zapowiada on w swej proroczej intuicji. Czy Ksiądz Kardynał dzieli tę nadzieję – jakie mogą być zwiastuny owej wiosny? Jakie warunki musi spełnić Kościół i my, wszyscy wierzący, aby papieska intuicja została potwierdzona faktami?

Nie powinniśmy myśleć, że chrześcijaństwo w najbliższej przyszłości stanie się znowu masowym ruchem i powróci taka sytuacja jak w Średniowieczu. Nie można się tego spodziewać w obecnych warunkach, ale przyznajmy też, że masowość nigdy nie była największą wartością chrześcijaństwa. Lenin nauczył nas, że dla przyszłości decydujące znaczenie mają silne mniejszości, mające coś do powiedzenia i dające coś społeczeństwu [śmiech].

Wydaje mi się więc, że możemy mieć nadzieję na nową wiosnę chrześcijaństwa. Oto rodzą się takie mniejszości, niosące ze sobą świadomość dziedzictwa przeszłości i dynamizm działania apostolskiego. Są one gwarancją nie tylko przetrwania chrześcijaństwa, ale nadania mu nowego “impetu” w sferze ewangelizacji.

U schyłku Cesarstwa Rzymskiego drobne mniejszości, jakimi byli mnisi, kontynuowały ową spuściznę duchową, która później pozwoliła odtworzyć i na nowo stworzyć Europę. Wydaje mi się, że w nowym pokoleniu jest coraz więcej takich grup i przekonań. Być może nie są one masowe, ale stanowią siłę pozwalająca patrzeć z nadzieją w przyszłość. W tym sensie zapowiadają one nową wiosnę Kościoła, która odrodzi Europę i świat.

KAI: Nikt dzisiaj – być może z wyjątkiem sióstr klauzurowych – nie zadowala się działaniem w ukryciu. Eminencja powiedział kiedyś, że to media decydują, kto istnieje, a kto nie. Cóż będą mogły zdziałać w tym medialnym świecie nowe ruchy, o których mówi Ksiądz Kardynał, jeśli nie uzyskają jakiegoś wsparcia?

Jeśli będą one niosły ze sobą rzeczywistość przekonującego świadectwa na zewnątrz, świadectwa dającego życie – to bez wątpienia prędzej czy później zaistnieją w świadomości publicznej. Ważne, by ruchy te nie zamykały się na pielęgnowaniu swojej własnej tożsamości, lecz wpisywały się w otaczający Kościół. To bardzo ważne. Jeśli ruchy te staną się częścią wielkiej rzeczywistości Kościoła, staną się zarazem uczestnikami ważnego procesu historycznego.

Nigdy nie ustanie wymiana między rzeczywistością Kościoła lokalnego i takich oddolnych inicjatyw inspirowanych chęcią powrotu do źródeł, a Kościołem powszechnym. I siły te będą coraz bardziej widoczne w świecie, gdyż wpisują się one we wspólną drogę Kościoła. Wnoszą doń nową żywotność i dynamizm: do tych nieco znużonych parafii, do zmęczonych diecezji.

Bardzo ważne jest, aby dostrzec z jednej strony te nieśmiałe początki, które nie są co prawda ruchami masowymi, ale witalną siłą, i Kościół powszechny, który bynajmniej nie zanika i który jest rzeczywistością, której nie można ignorować.

Także wtedy, kiedy Kościół zostaje sprowadzony do prześladowanej mniejszości, objawia się w nim ogromna siła. Wydaje się więc, że obawa, iż nie jesteśmy dostatecznie widoczni, nie ma uzasadnienia. Kościół, ze swoją wewnętrzną siłą, przede wszystkim w swojej powszechności i globalności, jest zjawiskiem, którego nie da się pominąć.

KAI: Chcemy zapytać Księdza Kardynała jako przewodniczącego Kongregacji Nauki Wiary, czy istnieją obawy dotyczące samej wiary i jej przekazywania. Czy wiara we współczesnym Kościele jest dostatecznie żywa?

Miejmy nadzieję! Ponieważ wiara jest siłą żywotną i duszą Kościoła. Czymże bowiem jesteśmy bez wiary? Wielką firmą? Agencją społeczną? Kościół zyskuje tożsamość niezbędną do życia tylko wtedy, gdy wiara jest natchnieniem, gdy mamy wizję przekazaną nam z Nieba, wizję otwierającą nas na prawdę o ostatecznych sprawach życia.

Czasami można odnieść wrażenie, że jako Kongregacja bronimy przecinków i drobnostek. W istocie jest to walka o tożsamość Kościoła. Staranie o obecność tych wartości, które przez wieki inspirowały i stworzyły także tę “drogę światła”, jaką jest chrześcijańska miłość zrodzona z wiary. Wydaje mi się, że także tutaj możemy powiedzieć: sądźcie podług owoców.

Przed 1989 rokiem wielkim wyzwaniem było upolitycznienie Kościoła, przekształcanie wiary w ideologię postępu, która pojmowana była jako narzędzie wyzwolenia politycznego. Była to pewna utopia polityczna, inspirowana marksizmem. Wraz z wygaśnięciem tych obietnic – nowego, bardziej ludzkiego świata, itd., który jakoby miał powstać w wyniku nieustannej rewolucji – sytuacja nieco się zmieniła. Ale nadal istnieje silna pokusa przekształcenia Kościoła w utopijny ruch, służący – jak to się mówi – przyszłości Królestwa interpretowanego w sensie politycznym.

Wielką pokusą – i zdradą tożsamości Kościoła jest przeobrażanie go w jakiś utopijny ruch, którego jedynym celem jest zmiana świata na lepszy. Wiąże się z tym wyrzeczenie się zdolności do poznawania prawdy, co grozi relatywizmem. Przeważa tu przekonanie, że prawda nas przerasta i mogłaby nas uczynić jedynie nietolerancyjnymi. Tym samym wszystko sprowadza się do reform społeczno-politycznych.

Walka z tą fałszywą pokorą polegać winna na uznaniu faktu, że oto Bóg się objawił, i że objawia nam życie. Fundamentalne znaczenie ma tutaj prawdziwe spotkanie z Jezusem. Okazuje się, że tylko wtedy, kiedy sami doświadczamy Boga, może narodzić się odwaga prawdy i odwaga życia w prawdzie.

KAI: Czasami odnosi się wrażenie, że w łonie Kościoła nie ma już żadnych sporów. Od dłuższego czasu Kongregacja nikogo nie potępia, nie mówi się o ekskomunikach. Jednocześnie dykasteria ta zajmuje się wewnętrznymi sprawami Kościoła, ale dotyczącymi nie tylko nauki wiary, lecz przestrzegania moralności. Od niedawna Kongregacja jest ostateczną instancją w sprawach nadużyć seksualnych z udziałem duchowieństwa. Czy tak rzeczywiście jest, czy może niewiele wiadomo o tym, czym zajmuje się Kongregacja?

Sprowadzenie nauczania Kościoła wyłącznie do nauki moralności byłoby ciężkim grzechem, podobnie jak jego upolitycznianie. My bronimy tego, że oczywiście moralność jest ważna, ale tylko wtedy, gdy poprzedza ją dar. I pragniemy tego daru, który później daje siłę działaniu moralnemu.

Prowadzimy dyskusje z rozmaitymi prądami, zawsze razem z konferencjami episkopatów, starając się owe prądy spokojnie prostować. I często odnosimy sukces, udaje się nam w spokoju naprawić błędy. Ale musimy też zgodzić się, że mogą zdarzyć się takie przypadki, gdy wreszcie trzeba będzie powiedzieć “nie” – to nie jest wiara Kościoła, musisz zdecydować: albo tak, albo nie. Jesteś wolny i możesz powiedzieć nie, ale w tym wypadku nie możesz mówić, że jesteś katolikiem.

A co się tyczy tych drugich uprawnień, w sferze nadużyć seksualnych księży, przypisanie ich naszej kongregacji wynika z przekonania, że moralność i wiara muszą być ze sobą ściśle powiązane. A szerzenie się zła – którego nie należy wyolbrzymiać, ale które istnieje i to, niestety, w zbyt wielkim stopniu – wynika także ze słabości wiary. Sprawy te są wyrazem słabości wiary. Dlatego ich rozwiązywanie zostało wpisane w zakres obowiązków naszej kongregacji. Osądzając je zatem lub pomagając biskupom działać w tych przypadkach, chcemy zawsze także wskazywać: starajcie się przyszłym kapłanom dać tę siłę wiary, która jako jedyna może dać solidną podstawę także formacji moralnej.

Jan Paweł II w encyklice Ut unum sint, proponuje dyskusję na temat sprawowania papieskiego prymatu. W jakiej mierze – zdaniem Księdza Kardynała – sposób sprawowania tego prymatu może ewoluować? Jakie są tutaj granice kompromisu z innymi wyznaniami? Wydaje się, że właśnie sposób, w jaki będzie egzekwowany prymat Biskupa Rzymu, jest kluczem do zjednoczenia Kościoła. Kiedy – zdaniem Księdza Kardynała – to upragnione zjednoczenie może nastąpić i jakie mogłoby przybrać formy?

Powiedziałbym, bez fałszywej skromności, że Kościół katolicki jest bardzo odważny w wychodzeniu naprzeciw innym wyznaniom i wiele w tej sprawie zrobił. Jan Paweł II zaczął realizować papieski prymat w nowy sposób. Nikt wcześniej nie przewidywał jego obecności na wszystkich kontynentach, bezpośrednich spotkań z ludem i konkretnym głoszeniem nauki Kościoła, do wszystkich w sposób bardzo bezpośredni. Towarzyszą temu zawsze spotkania ekumeniczne. Żadna wizyta Ojca Świętego nie odbywa się bez spotkania z braćmi z innych wyznań.

Ojciec Święty stworzył więc nową postać prymatu i nie wiemy, jakie kształty przybierze on w przyszłości.

To są wydarzenia historyczne, także natchnione przez Ducha Świętego, a zarazem uwarunkowane kontekstem w jakim się znajdujemy. Ufajmy, więc, że następcy św. Piotra przy pomocy Bożej znajdą sposób, by odpowiednio rozwiązać problemy swoich czasów. Zresztą – jesteśmy otwarci.

Właściwą posługą ekumeniczną jest także siła wiary i siła jej świadectwa. Samej wiary jako takiej, a nie tylko jej różnych interpretacji. Obecne problemy w dialogu ekumenicznym – przede wszystkim w stosunkach z prawosławnymi – dotyczą nie tyle naszej wiary, ile spowodowane są przez bardzo różną tożsamość historyczną. Wiemy, że Rosja ma swoją bardzo silną tożsamość, w której prawosławie i rosyjskość są ze sobą nierozerwalnie związane.

Zresztą także wewnątrz naszego Kościoła “ekumenizm” – rozumiany jako współpraca różnych obrządków – jest często niełatwy. Powodem są bardzo odmienne uwarunkowania historyczne, które ukształtowały obecną świadomość. Widzimy to w Indiach – między katolikami obrządku syro-malabarskiego a łacinnikami, na Ukrainie – między grekokatolikami a łacinnikami. Owe różnice historyczne są powodem licznych konfrontacji, których nie da się łatwo wyeliminować. Jest to problem stopniowego wewnętrznego otwierania się i przezwyciężania różnic zbudowanych przez historię, co wymaga czasu, który ostatecznie powinniśmy pozostawić Panu.

Rozmawiali: Marek Lehnert, Bogumił Łoziński, Marcin Przeciszewski (KAI)

mp//ter

© 2006 KAI i PAP SA. Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis przygotowany przez KAI we współpracy z PAP.

Entrevista al cardenal Dziwisz – 2005

LO EXTRAORDINARIO DE LO ORDINARIO

PALABRA: Juan Pablo II va a ser beatificado el domingo de la Misericordia Divina. ¿Cómo recuerda usted el 2 de abril del 2005?

-La Providencia eligió para el Santo Padre el día de la marcha de este mundo a la casa del Padre. Era un sábado, el primer sábado del mes -y nos es bien conocida a todos su gran devoción a la Madre de Dios-, al mismo tiempo era el día de la preparación para la solemnidad de la Misericordia Divina. Personalmente me impresionó que en el atardecer, alrededor de las 20.00 horas, una voz interior me apeló de forma imperativa: “¡Celebrad la Santa Misa!”. Concelebramos la Eucaristía: era la Misa de la Misericordia Divina de la liturgia dominical. Participaron en ella: el cardenal Jaworski, gran amigo y confidente del Santo Padre, también estuvo presente el sacerdote Tadeusz Styczeń, el arzobispo Ryłko, el sacerdote Mieczysław Mokrzycki, nuestras hermanas religiosas…, yo era el celebrante principal. Todos los que allí participamos eramos conscientes -como es fácil imaginar- del carácter tan absolutamente excepcional de esa celebración. El sacrificio del Santísimo Sacramento se unía al sacrificio de Juan Pablo II. Muy significativo fue también el Evangelio de esa Misa. Era la escena de la aparición de Cristo resucitado en el cenáculo, ocho días después de su resurrección. Rezábamos en aquél momento para que nuestro Señor viniera a nosotros, le necesitábamos… Después del credo, el cardenal Jaworski le impartió la unción de los enfermos…, en la Comunión le dimos unas gotas del Sanguis con una cucharilla. Esa cucharilla la guardamos hasta el día de hoy. Llegó el momento de su marcha… Cuando dejó de latir su corazón paramos el reloj, que también lo guardamos como testimonio.

PALABRA: Eminencia, usted a acompañó de cerca durante muchos años a Juan Pablo II. Sabemos que la vida espiritual es de alguna manera un proceso. ¿En qué momento se manifestó de una manera evidente la santidad de Juan Pablo II?

-Evidentemente, no se hizo santo de repente. Su santidad personal era ya visible en sus años de juventud, todavía siendo estudiante en la Universidad. Sus compañeros del seminario ilegal nos cuentan que ya entonces era llamativamente tranquilo, natural, auténtico, con un trato continuo con Dios. Pienso que recibió esa espiritualidad y la capacidad de rezar de su hogar familiar. Su padre le enseñó una oración al Espíritu Santo y esa oración acompañó a Karol Wojtyła durante toda su vida hasta su último día. El mismo sábado 2 de abril cuando se iba de este mundo Juan Pablo II rezó con nuestra ayuda esa oración.

PALABRA: ¿Cuándo se dio usted cuenta que estaba ante un hombre de gran talla, ante una personalidad de ámbito universal, ante un gran santo?

-Nosotros no lo llamábamos santidad. Las personas que estábamos a su lado teníamos la profunda convicción de encontrarnos ante un hombre de una capacidad extraordinaria, con una fuerza interior y un carisma fuera de lo ordinario. Pero lo que más llamaba la atención era su sencillez interior. Le doy un ejemplo: durante mi primer año en el seminario y el primer encuentro con el profesor Wojtyła tuve esa fuerte impresión. Durante las pausas entre las clases veía que se iba a la capilla y allí permanecía en oración. Recuerdo que tenía entonces un largo flequillo, y cuando se inclinaba en oración, le caía sobre la frente. Saliendo de la capilla daba la impresión de que volvía de un encuentro en el cual había tocado el misterio. Los seminaristas veían con toda naturalidad esos encuentros suyos con Dios. Por ese motivo se le acercaban. En él se transparentaba Dios y precisamente eso era lo que nosotros buscábamos.

También era algo llamativo que después de cada santa Misa permanecía en la iglesia durante unos cuantos minutos en oración personal de acción de gracias. Cuando le acompañaba para la visita pastoral en alguna parroquia, antes de la celebración no dirigía la palabra a nadie. Estaba recogido, preparándose a la celebración del Sacrificio de Cristo.

PALABRA: Ciertamente, durante sus peregrinaciones apostólicas siempre impresionaba su figura de hombre recogido en oración. ¿Se puede decir que en la vida de Karol Wojtyła la oración contemplativa tenía una importancia especial?

-Pienso que él no dividió su tiempo en ‘oración’ y ‘trabajo’. En las acciones más prosaicas le acompañaba siempre la oración. Me dí cuenta muchas veces cómo el Papa rezaba por cada una de las personas presentes en las audiencias, y cuando se despedía les encomendaba a la Divina Providencia. Lo hacía tan discretamente que solamente los que estábamos más a su lado nos dábamos cuenta. Era algo extraordinario.

Cuando durante las muy diversas visitas le hacían todo tipo de halagos, él rezaba a media voz. No quería oír eso. Se reía de esas alabanzas.

Cada día transcurría -como es lógico- según un plan previsto de oraciones. Cuando se levantaba por la mañana temprano, empezaba el día con la meditación, la Santa Misa, la acción de gracias y la lectura espiritual. Cada jueves transcurría una hora en adoración ante el Santísimo Sacramento expuesto en la custodia. Así transcurrió toda su vida. Repetía con frecuencia: ‘acordaos de los apóstoles que se durmieron en el huerto de los Olivos, y Cristo les preguntó más tarde: ¿Por qué dormís? ¿Ni siquiera habéis sido capaces de velar una hora conmigo?’ Quería de esta manera reparar por aquella falta de los apóstoles en el huerto de los Olivos.

PALABRA: ¿Cómo era la piedad de Juan Pablo II? ¿Siempre tuvo ese carácter mariano propio de su juventud? ¿El papa místico, como se le suele denominar, tuvo alguna experiencia mística especial, algún tipo de visiones?

-No, no tengo noticias de esas cosas. Cuando le dejábamos solo en su capilla para no molestarle, entonces se podía escuchar cómo cantaba a Jesucristo, como le hablaba en voz alta. Seguramente que pensaba que nadie le escuchaba pues la capilla estaba cerrada. Pero a pesar de todo a veces sí que se le escuchaba… Usaba las oraciones tradicionales, las sencillas formulas de la Iglesia: el rezo del Santo Rosario, el ejercicio del Via Crucis. Eran medios que utilizaba para llegar a la contemplación.

PALABRA: Juan Pablo II va a ser beatificado por su sucesor, algo que no ha sucedido en la historia de la Iglesia. El mismo elevó a la gloria de los altares a una multitud de fieles: sacerdotes, personas consagradas y laicos. Los santos son universales a pesar de que cada uno tenga sus propias raíces culturales. ¿Por qué motivo Juan Pablo II aceleró de tal manera el trabajo de la Congregación de los Santos?

-El concilio Vaticano II afirmó que los procesos de elevación a los altares había que simplificarlos. El Papa fue un hombre del Concilio. Estaba muy interesado de que los nuevos santos no vinieran solamente de Italia. Además hay que recordar que durante las etapas de secularización de la sociedad, cuando la fe se enfría, entonces espontáneamente aparecen los santos. Por ejemplo, en Turín cuando más intensivamente actuaban los masones entonces apareció san Juan Bosco. El Espíritu Santo sopla donde quiere. Hace unos una decena de años, cuando parecía acercarse una gran crisis en la Iglesia, el Espíritu Santo suscitó una multitud de movimientos y comunidades que son hoy día una fuerza y reserva de santidad.

PALABRA: Con la democracia, en Polonia, se ha dado un fuerte paso en la defensa de la vida en el seno de la madre. ¿Es también esto una gracia de Juan Pablo II para su país?

-La defensa de la vida ha sido uno de los más importantes aspectos, no solamente del pontificado de Juan Pablo II, sino también de toda su vida. Ya durante su estancia en Cracovia luchó decididamente por el respeto a la vida humana desde su inicio hasta su muerte natural, sin ningún tipo de excepción. En referencia a la fecundación in vitro compartió el dolor de los padres ante la imposibilidad de tener un hijo. Sin embargo siempre afirmó sin titubeos que el mejor método para ayudar a esos esposos consiste en investigar las causas de la infecundidad y luchar para curarla. Siempre animó a la adopción, pues tantos niños esperan el amor de una familia. Su opinión en relación a la fecundación in vitro no partía de criterios religiosos, sino más bien era motivado por razones de carácter ético y científico.

PALABRA: Juan Pablo II nombró a santo Tomás Moro patrón de los hombres que se dedican a la política. En la Exhortación apostólica Christi fideles laici escribió que “la unidad de vida de los fieles laicos tiene una gran importancia. Ellos, en efecto, deben santificarse en la vida profesional y social ordinaria”. El mismo papa Wojtyła siempre vivió en unidad de vida, siempre fue él mismo. ¿Qué nos puede usted decir sobre la unidad de vida?

-El católico siempre es católico. Con independencia de que sea político, diputado, ministro o un hombre cualquiera de la calle, siempre tiene la obligación de respetar los valores universales que obligan a todos sin excepción en su comunidad. Si en un parlamento la mayoría de los políticos se reconocen como cristianos, entonces se deberían establecer unas leyes en las cuales la ética cristiana estuviera presente, y no buscar siempre y en todo los necesarios compromisos. En cuestiones de defensa de la vida, como por ejemplo la cuestión in vitro, no hay compromisos.

Quisiera añadir que en muchos países de occidente no pocos cristianos evitan manifestar sus personales convicciones. Sin embargo los ateístas y agnósticos lo hacen a la menor oportunidad que se les presenta. Por eso justamente Benedicto XVI ha dicho que “observamos hoy día la esquizofrenia del político católico que privadamente quiere ser un fiel católico, pero no públicamente, pues está convencido que no debería llevar sus personales convicciones al ámbito público, autojustificándose con el argumento de la necesidad de respetar el pluralismo”. Se olvida que el pluralismo es un valor subordinado al valor de la vida humana. Además ocultar las propias convicciones en la vida pública lleva a una crisis cultural y a una desestabilización del ‘etos’ europeo.

PALABRA: En Polonia se nota una aceleración en el proceso de laicización. Se oye hablar de una limitación de la presencia de la iglesia en la vida pública. ¿Es posible que en Polonia se repita lo que ahora vemos en España?

-Sin lugar a duda hay corrientes laicistas en Polonia pero no tienen la virulencia española. Después de la entrada de Polonia en la unión Europea no ha habido una clara laicización, aunque algunos lo preveían y anunciaban. Los que atacan a la Iglesia intentan por todos los medios crear una imagen de crisis. Por ejemplo nos dicen que hoy día la Iglesia en Polonia no va bien, pues faltan las figuras del Cardenal Wyszyński o de Juan Pablo II. Es bueno recordar que esos ataques parten de los mismos ambientes que criticaban fuertemente en vida a esos dos grandes hombres y sus enseñanzas.  El anticlericalismo irreligioso siempre crea su programa con la negación de cualquier actividad de la Iglesia, olvidándose que su labor en favor del bien común no la puede suplir ninguna otra institución.

PALABRA: En el mundo actual, especialmente en el mundo político, reina el relativismo. El hombre se materializa y busca ansiosamente los bienes de este mundo y la gloria humana. ¿Cuál era la relación de Juan Pablo II respecto a los bienes materiales?

-Toda su vida la vivió sobriamente. Siendo obispo aquí en Cracovia tenía una sola gabardina, con un forro que lo ponía en invierno. No recibía ningún sueldo por ser obispo. Era del parecer que sólo podía disponer de los honorarios debidos a sus publicaciones, y todo ese dinero lo entregaba -prácticamente nadie lo sabía- a becas para los estudiantes pobres. Como papa nunca tuvo dinero en sus manos (lo mismo que en Cracovia). Si alguien le entregaba una cantidad, de una manera delicada lo reenviaba para otras necesidades. En esto le ayudaba la Secretaría de Estado. Todo se anotaba y se mandaba. Después recibíamos las gracias.

PALABRA: Son conocidos, ya en vida de Juan Pablo II, algunas gracias extraordinarias obtenidas a través de él. ¿Se acuerda ahora de alguna de ellas?

-Sí. Me acuerdo, por ejemplo, de un párroco de Trento que vino a la audiencia con su hermana, enferma de cáncer en el cerebro. Llevaba consigo la imagen de Jesús Misericordioso. Al poco tiempo debía someterse a una operación. El Papa la tocó en la cabeza diciéndole: vamos a rezar. A las pocas horas resultó que estaba totalmente curada y la operación era innecesaria… De esas gracias hay bastantes.

PALABRA: Quisiéramos acabar preguntándole: ¿Qué aspecto de la vida de Juan Pablo II le parece más digno de imitar?

-Su oración. También su autenticidad y su transparencia. Era característico lo extraordinario de sus gestos ordinarios. Por ejemplo cuando pasaba por el corredor de la curia de Cracovia se paraba ante el crucifijo para besarlo y honrar de esta manera a su Maestro. Me acuerdo que durante una de sus visitas, fue en Sandomierz, se dio cuenta en un momento que un pedazo de pan estaba en el suelo, se arrodilló, lo besó y lo puso en el césped para que se lo comieran los pájaros.

PALABRA: Muchas gracias.

Papież Benedykt XVI w Anglii – IX-2010

Spotkanie z biskupami Anglii, Szkocji i Walii, Saint Mary’s College, Oscott (19 IX 2010)

Drodzy Bracia w biskupstwie!

Przeżyliśmy dzień wielkiej radości dla wspólnoty katolickiej na tych Wyspach. Błogosławiony John Henry Newman, jak możemy go teraz nazywać, został wyniesiony do chwały ołtarzy jako przykład heroicznej wierności Ewangelii i orędownik Kościoła w tym kraju, który umiłował i któremu tak dobrze służył. Właśnie tutaj, w tej kaplicy w 1852 roku, mówił on o nowym zaufaniu i żywotności wspólnoty katolickiej w Anglii i Walii po przywróceniu hierarchii, a jego słowa można odnieść także ćwierć wieku później do Szkocji. Jego dzisiejsza beatyfikacja przypomina o nieustannym działaniu Ducha Świętego, który obdarowuje świętością mieszkańców Wielkiej Brytanii, aby od wschodu do zachodu i z północy na południe, oddawana była Bogu doskonała ofiara uwielbienia i dziękczynienia dla chwały imienia Bożego.

Dziękuję kardynałowi O’Brienowi i arcybiskupowi Nicholsowi za ich słowa, a czyniąc to, przypomniałem sobie, że niedawno mogłem powitać was wszystkich w Rzymie podczas wizyt ad limina obu waszych konferencji biskupich. Rozmawialiśmy wtedy o niektórych stojących przed wami wyzwaniach, gdy prowadzicie w wierze swój lud, szczególnie w obliczu pilnej potrzeby głoszenia na nowo Ewangelii w wysoce zeświecczonym środowisku.

W trakcie mojej wizyty stało się dla mnie jasne, jak głęboko zakorzenione jest wśród Brytyjczyków pragnienie Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. Zostaliście wybrani przez Boga, aby dać im żywą wodę Ewangelii, zachęcając ich do pokładania nadziei nie w próżnych pokusach tego świata, ale w mocnej pewności przyszłego. Głosząc nadejście Królestwa Bożego, obiecującego nadzieję biednym i potrzebującym, chorym i starcom, nienarodzonym i pogardzanym, miejcie pewność w przedstawianiu w całej jego pełni życiodajnego orędzia Ewangelii, łącznie z tymi elementami, które podważają rozpowszechnione założenia współczesnej kultury. Jak wiecie, niedawno powstała Papieska Rada ds. Nowej Ewangelizacji w krajach o długiej tradycji chrześcijańskiej i chciałbym zachęcić was, abyście korzystali z jej usług przy podejmowaniu stojących przed wami zadań. Ponadto wiele nowych ruchów kościelnych ma szczególny charyzmat ewangelizacji i wiem, że nadal będziecie poszukiwać właściwych i skutecznych sposobów włączenia ich w misję Kościoła.

Od czasu waszej wizyty w Rzymie zmiany polityczne w Wielkiej Brytanii skupiały uwagę na skutkach kryzysu finansowego, który był przyczyną wielu trudności wielu osób i rodzin. Widmo bezrobocia rzuca cień na życie wielu ludzi, a długoterminowe koszty pochopnych inwestycji stają się w ostatnim okresie aż nazbyt oczywiste. W tych warunkach pojawią się dodatkowe wezwania do brytyjskich katolików, znanych ze swej hojności i wiem, że będziecie w czołówce tych, którzy apelują o solidarność z potrzebującymi. Prorocki głos chrześcijan odgrywa ważną rolę w ukazywaniu potrzeb biednych i pokrzywdzonych, których można łatwo pominąć w rozdziale ograniczonych zasobów. Biskupi Anglii i Walii w swym dokumencie nauczającym „Wybierając Dobro Wspólne” podkreślili znaczenie praktykowania cnót w życiu publicznym. Okoliczności dnia dzisiejszego stwarzają dobrą okazję do wzmocnienia tego przesłania, a nawet do zachęcania ludzi, by dążyli do wyższych wartości moralnych w każdej dziedzinie życia, w obliczu narastającego cynizmu, dotyczącego nawet możliwości życia cnotliwego.

Inną sprawą, która budziła w ostatnich miesiącach wiele uwagi i która poważnie podważa moralną wiarygodność przywódców Kościoła, jest haniebne wykorzystywanie dzieci i młodzieży przez księży i zakonników. Przy wielu okazjach mówiłem o głębokich ranach, jakie powodują takie zachowania, przede wszystkim i głównie w ofiarach, ale także w stosunkach zaufania, jakie winny istnieć między kapłanami a ludźmi, między kapłanami a ich biskupami oraz między władzami Kościoła a społeczeństwem.

Wiem, że podjęliście zdecydowane działania, aby zaradzić tej sytuacji, zapewnić, aby dzieci były skutecznie chronione przed szkodą oraz żeby właściwie i przejrzyście postępować w obliczu zarzutów, gdy się one pojawiają. Publicznie wyraziliście swoje głębokie ubolewanie z powodu tego, co się wydarzyło i w przeszłości często było traktowane w sposób nieodpowiedni. Wasza coraz większa świadomość rozmiarów wykorzystywania dzieci w społeczeństwie, jego niszczycielskich skutków oraz potrzeby zapewnienia właściwego wsparcia ofiarom, powinna być bodźcem do dzielenia się waszymi doświadczeniami w tym zakresie z szerszą społecznością. Czyż można doprawdy lepiej dokonać zadośćuczynienia za te grzechy niż w pokornym duchu współczucia, wychodząc naprzeciw dzieciom, które nadal cierpią z powodu molestowania w innych miejscach? Tego wymaga nasz obowiązek troski o młodych.

Zastanawiając się nad ludzką ułomnością, którą tak jaskrawo ujawniają te tragiczne wydarzenia, musimy pamiętać, że jeśli mamy być skutecznymi przywódcami chrześcijańskimi, nasze życie musi być w najwyższym stopniu prawe, pokorne i święte. Błogosławiony Jan Henryk Newman napisał kiedyś: „Oby Bóg dał duchownym poczucie swojej słabości jako ludzi grzesznych, a ludziom, aby byli wobec nich wyrozumiali, kochali ich i modlili się o ich wzrastanie we wszystkich dobrych darach łaski” (Kazania I, 4-5, Kazanie nr 191).

Modlę się, aby jedną z łask tej wizyty było odnowione oddanie się przywódców chrześcijańskich powołaniu prorockiemu, które otrzymali, a ze strony ludu nowa wdzięczność za wielki dar posługi kapłańskiej. Wówczas spontanicznie zrodzi się modlitwa o powołania i możemy być pewni, że Pan odpowie, wysyłając robotników, by przynieśli obfite żniwo jakie przygotował w całym Zjednoczonym Królestwie (por. Mt 9, 37-38). W związku z tym cieszę się, że wkrótce będę miał okazję spotkać się z seminarzystami z Anglii, Szkocji i Walii oraz zapewnić ich o swych modlitwach, gdy przygotowują się do odegrania swej roli w zbieraniu tego żniwa.

Chciałbym wreszcie mówić o dwóch szczególnych sprawach, które obecnie wpływają na waszą posługę biskupią. Jedna to bliska już publikacja nowego przekładu Mszału Rzymskiego. Pragnę wykorzystać tę okazji, aby podziękować wam wszystkim za wkład, który z tak żmudną troską wnieśliście w zbiorowe przeglądanie i zatwierdzanie tekstów. Oddał on ogromną przysługę katolikom anglojęzycznym na całym świecie. Obecnie zachęcam was, abyście wykorzystali okazję, jaką daje nowe tłumaczenie do dogłębnej katechezy o Eucharystii i odnowionej pobożności w sposobie jej sprawowania. „Im żywsza jest wiara eucharystyczna w Ludzie Bożym, tym głębsze jest jego uczestnictwo w życiu kościelnym poprzez świadome przylgnięcie do misji, jaką Chrystus powierzył swoim uczniom” (Sacramentum caritatis, 6).

Inna kwestia, którą poruszyłem w lutym z biskupami Anglii i Walii, to moja prośba, byście byli wielkoduszni, wcielając w życie konstytucję apostolską „Anglicanorum Coetibus”. Powinna być ona postrzegana jako proroczy gest, który może przyczynić się pozytywnie do rozwoju stosunków między anglikanami a katolikami. Pomaga on nam skierować swój wzrok na ostateczny cel całej działalności ekumenicznej: przywrócenie pełnej komunii kościelnej. W jej kontekście wzajemna wymiana darów płynących z właściwego każdemu z nas dziedzictwa duchowego jest wzbogaceniem nas wszystkich. Módlmy się nadal i nieustannie pracujmy, aby przyspieszyć radosny dzień, kiedy cel ten może zostać osiągnięty.

Z tymi uczuciami gorąco wam dziękuję za gościnę w ciągu minionych czterech dni. Polecając was wszystkich i osoby, którym posługujecie, wstawiennictwu świętych Andrzeja, Dawida i Jerzego z radością udzielam swego błogosławieństwa apostolskiego wam, całemu duchowieństwu, osobom zakonnym i wiernym świeckim Anglii, Szkocji i Walii.

Ceremonia pożegnania, lotnisko w Birmingham, 19 IX 2010

Szanowny Panie Premierze!

Dziękuję za uprzejme słowa pożegnania wypowiedziane w imieniu rządu Jej Królewskiej Mości i mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. Jestem bardzo wdzięczny za całą ciężką pracę, włożoną w przygotowania przez obecny i poprzedni rząd, przez służby cywilne, władze lokalne, policję i wielu wolontariuszy, którzy cierpliwie pomagali przygotować wydarzenia minionych czterech dni. Dziękuję za serdeczność waszego powitania i gościnność, której doświadczyłem.

Podczas mojego pobytu u was miałem okazję spotkać się z przedstawicielami wielu wspólnot, kultur, języków i religii, tworzących brytyjskie społeczeństwo. To wielkie zróżnicowanie współczesnej Wielkiej Brytanii stanowi wyzwanie dla jej rządu i narodu, ale jest także doskonałą okazją do dalszego wspierania dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego służącego wzbogaceniu całej wspólnoty.

W tych dniach byłem wdzięczny za możliwość spotkania się z Jej Królewską Mością, a także z Panem i innymi przywódcami politycznymi. Mogłem też przedyskutować sprawy będące przedmiotem wspólnego zainteresowania, zarówno w kraju, jak i za granicą. Szczególnym zaszczytem było dla mnie zaproszenie, bym zwrócił się do obu izb Parlamentu w historycznych murach Westminster Hall. Mam szczerą nadzieję, że wydarzenia te przyczynią się do potwierdzenia i umocnienia doskonałych stosunków między Stolicą Apostolską a Zjednoczonym Królestwem, zwłaszcza w dziedzinie współpracy na rzecz rozwoju międzynarodowego, w trosce o środowisko naturalne oraz w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego z odnowionym poczuciem podzielanych wspólnie wartości i celów.

Z przyjemnością odwiedziłem również Jego Ekscelencję Arcybiskupa Canterbury i biskupów Kościoła Anglii, a następnie modliłem się z nimi i innymi chrześcijanami w przywołującym wspomnienia otoczeniu Opactwa Westminsterskiego, miejscu, które tak wymownie mówi o naszych wspólnych tradycjach i kulturze. Ponieważ Brytania jest domem dla tak wielu tradycji religijnych, jestem wdzięczny, że miałem okazję spotkać się z ich przedstawicielami i podzielić się z nimi kilkoma myślami o wkładzie, jaki religie mogą wnieść w rozwój zdrowego społeczeństwa pluralistycznego.

Oczywiście moja wizyta była skierowana w sposób szczególny do katolików Zjednoczonego Królestwa. Cenię sobie czas spędzony z biskupami, duchowieństwem, osobami zakonnymi i świeckimi oraz z nauczycielami, uczniami i osobami starszymi. Szczególnie wzruszającym wydarzeniem było sprawowana wraz z nimi tutaj, w Birmingham, beatyfikacja wielkiego syna Anglii, kardynała Jana Henryka Newmana. Jestem pewny, że dzięki swej ogromnej spuściźnie pism naukowych i duchowych może on nas nadal jeszcze wiele nauczyć o chrześcijańskim życiu i świadectwie w obliczu wyzwań współczesnego świata, wyzwań, które przewidywał z tak niezwykłą wyrazistością.

Opuszczając was, chciałbym jeszcze raz zapewnić o swych najlepszych życzeniach i modlitwach o pokój i pomyślność Wielkiej Brytanii. Dziękuję bardzo. Niech Bóg błogosławi was wszystkich!

Błogosławiony kardynał John Henry Newman zasłużył na to, aby zająć miejsce na długiej liście angielskich świętych i uczonych – podkreślił Benedykt XVI w homilii wygłoszonej podczas Mszy beatyfikacyjnej w Birmingham, sprawowanej w obecności 60 tysięcy wiernych.

Wikimedia (PD) ©

Kard. John Henry Newman
Portret autorstwa Sir Johna Everetta Millais znajduje się w National Portrait Gallery w Londynie.

Tekst papieskiej homilii:

Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie,

Dzień dzisiejszy, który sprowadził nas razem tutaj, do Birmingham, jest bardzo pomyślny. Jest to przede wszystkim Dzień Pański – niedziela, dzień, gdy nasz Pan Jezus Chrystus umarł i na zawsze zmienił bieg ludzkich dziejów, ofiarowując nowe życie i nadzieję wszystkim żyjącym w ciemności i w cieniu śmierci. Właśnie dlatego wszyscy chrześcijanie na świecie przybywają razem w tym dniu, aby sławić i dziękować Bogu za wielkie cuda, które nam uczynił. Ta szczególna niedziela oznacza także ważną chwilę w życiu narodu brytyjskiego, jako że jest to dzień wybrany dla uczczenia 70. rocznicy Bitwy o Anglię. Dla mnie jako tego, kto żył i cierpiał w wyniku ciemnych dni reżymu nazistowskiego w Niemczech, jest czymś głęboko poruszającym być tu z wami z tej okazji i wspominać, jak wielu waszych współobywateli oddało swe życie, odważnie przeciwstawiając się siłom tej błędnej ideologii.

Myślę zwłaszcza o pobliskim Coventry, które ucierpiało w wyniku bardzo silnych bombardowań i masowych śmierci w listopadzie 1940 r. Siedemdziesiąt lat później przywołujemy ze wstydem i przerażeniem straszne dźwięki dzwonów śmierci i zniszczenia, które idą w ślad za wojną i ponownie wyrażamy zdecydowaną wolę pracy dla pokoju i pojednania wszędzie tam, gdzie pojawia się zarzewie konfliktu. Ale jest też inny, radośniejszy powód, dlaczego ten dzień jest pomyślny dla Wielkiej Brytanii, dla Midlands, dla Birmingham. Jest to dzień, w którym kardynał John Henry Newman został wyniesiony formalnie do chwał ołtarzy i ogłoszony błogosławionym.

Dziękuję arcybiskupowi Bernardowi Longleyowi za jego łaskawe powitanie na początku tej Mszy św. Składam hołd wszystkim, którzy tak usilnie pracowali przez wiele lat przy posuwaniu naprzód sprawy kardynała Newmana, łącznie z ojcami z Oratorium w Birmingham i członkami Rodziny Duchowej „Das Werk”. I pozdrawiam każdego tu obecnego, przybyłego z Wielkiej Brytanii, Irlandii i z dalszych stron. Dziękuję wam za waszą obecność na tych uroczystościach, w których sławimy i wielbimy Boga za heroiczne cnoty tego świętego Anglika.

Anglia ma długą tradycję świętych męczenników, których mężne świadectwo wspierało i inspirowało przez całe stulecia tutejszą wspólnotę katolicką. A jednak jest słuszne i właściwe, abyśmy uznali dzisiaj świętość wyznawcy, syna tego narodu, który – choć nie został wezwany do przelewania krwi za Pana – mimo wszystko dał wymowne świadectwo o Nim w ciągu swego długiego życia, poświęconego posłudze kapłańskiej, szczególnie zaś kaznodziejstwu, nauczaniu i pisaniu. Zasłużył na to, aby zająć miejsce na długiej liście świętych i uczonych z tych ziem: świętych Bedy, Hildy, Aelreda, błogosławionego Dunsa Szkota, że wymienię tylko kilkoro. W błogosławionym Johnie Henrym ta tradycja szlachetnej uczoności, głębokiej mądrości ludzkiej i niezgłębionej miłości do Pana zrodziła bogate owoce jako znak stałej obecności Ducha Świętego w głębi serca ludu Bożego, przynosząc odtąd obfite dary świętości.

Motto kardynała Newmana: cor ad cor loquitur, czyli „Serce mówi do serca”, daje nam wzgląd w jego rozumienie życia chrześcijańskiego jako powołania do świętości, doświadczanej jako głębokie pragnienie ludzkiego serca wejścia w intymną komunię z Sercem Bożym. Przypomina nam ono, że dojrzałość do modlitwy stopniowo przemienia nas na podobieństwo Boże.

W jednym ze swych licznych pięknych kazań napisał, że „zwyczaj modlitwy, praktyka zwracania się do Boga i świata niewidzialnego o każdej porze, w każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach – modlitwa, mówię, ma to, co można by nazwać efektem naturalnym w uduchowianiu i wznoszeniu duszy. Człowiek nie jest już tym, kim był przedtem; stopniowo (…) wchłaniał nowy zestaw idei i stawał się nasycony świeżymi zasadami” (Parochial and Plain Sermons, IV, 230-231).

Ewangelia dzisiejsza mówi nam, że nikt nie może służyć dwóm panom (por. Łk 16,13) i nauczanie błogosławionego Johna Henry’ego nt. modlitwy wyjaśnia, jak wierny chrześcijanin jest ostatecznie włączony w służbę jedynego prawdziwego Mistrza, który ma wyłączne prawo do naszej bezwarunkowej pobożności (por. Mt 23, 10). Newman pomaga nam zrozumieć, jakie to ma znaczenie dla naszego codziennego życia: mówi nam, że nasz boski Nauczyciel obdarzył każdego z nas specyficznym zadaniem, „określoną służbą”, powierzoną wyłącznie każdej jednostce: „Mam swoją misję, jestem ogniwem w łańcuchu, spoiwem łączącym osoby. On nie stworzył mnie na próżno. Będę czynił dobro, będę wykonywał Jego pracę; będę aniołem pokoju, głosicielem prawdy w moim własnym miejscu… jeśli trzymam się Jego przykazań i służę Mu swym powołaniu” – pisał kardynał (Meditations and Devotions, 301-2).

Określoną służbę, do której błogosławiony John Henry był powołany, wykonywał, wykorzystując swój intelekt i swe płodne pióro do wielu najbardziej palących „przedmiotów dnia”. Jego poglądy na związek między wiarą a rozumem, na żywotne miejsce religii objawionej w cywilizowanym społeczeństwie oraz na potrzebę opartego na szerokich podstawach i wielokierunkowego podejścia do oświaty miały nie tylko głębokie znaczenie dla wiktoriańskiej Anglii, ale po dziś dzień inspirują i rozświetlają wielu na całym świecie. Chciałbym złożyć szczególny hołd jego postrzeganiu edukacji, które przyczyniło się ogromnie do ukształtowania etosu, będącego do dzisiaj siłą napędową szkół i kolegiów katolickich.
 

Stanowczo przeciwstawiając się podejściu ograniczającemu bądź utylitarnemu dążył on do osiągnięcia takiego środowiska edukacyjnego, w którym ćwiczenie umysłu, dyscyplina moralna i zaangażowanie religijne stanowiłyby całość. Projekt założenia Uniwersytetu Katolickiego w Irlandii stał się dlań okazją do rozwinięcia swych myśli na ten temat i do zebrania przemówień, które ogłosił jako „Idea Uniwersytetu” i w której wspierał pewien ideał, od którego wszyscy zaangażowani w formację akademicką nadal mogą się uczyć.

I rzeczywiście, jaki lepszy cel mogliby wymyślić nauczyciele religii niż słynny apel błogosławionego Johna Henry’ego o inteligentny, dobrze wykształcony laikat: „Chcę świeckich, nie aroganckich, nie nierozważnych w mowie, nie dyskutujących, ale ludzi, znających swą religię, wchodzących w nią, wiedzących dokładnie, gdzie się znajdują, wiedzących, czego się trzymać, a czego nie, znających swe credo tak dobrze, że mogą zdawać z niego rachunek, znających tak dobrze historię, że mogą jej bronić” (The Present Position of Catholics in England”, IX, 390). W tym dniu, gdy autor tych słów zostaje wyniesiony na ołtarze, modlę się, aby za jego wstawiennictwem i przez jego przykład wszyscy, którzy są zaangażowani w dzieło nauczania i katechizacji, czerpali natchnienie do jeszcze większego wysiłku z wizji, jaką on tak jasno nam przedstawił.

Jakkolwiek intelektualne dziedzictwo Johna Henry’ego Newmana budziło, co zrozumiałe, najwięcej uwagi w rozległej literaturze, poświęconej jego życiu i dziełu, ja osobiście wolę przy tej okazji zakończyć krótką refleksją na temat jego życia jako kapłana, duszpasterza. Ciepło i humanizm, leżące u podstaw oceny jego posługi duszpasterskiej, znajdują piękny wyraz w jego innym słynnym kazaniu: „Bracia, Aniołowie, gdyby to oni byli waszymi kapłanami, nie mogliby wam współczuć, nie byliby dla was wyrozumiali, jak my jesteśmy, nie mogliby stanowić dla was przykładu ani być waszymi przewodnikami, nie mogliby was przeprowadzić od starego do nowego życia, jak to czynią ci, którzy są spośród was” („Ludzie, nie aniołowie, kapłanami Ewangelii”; Mowy skierowane do Połączonych Kongregacji, 3).

Żył on tą głęboko humanistyczną wizją posługi kapłańskiej w swej pobożnej trosce o ludzi Birmingham w ciągu lat spędzonych w założonym przez siebie Oratorium, odwiedzając chorych i biednych, pocieszając zasmuconych, opiekując się więźniami. Nic więc dziwnego, że w chwili jego śmierci tysiące ludzi wypełniły miejscowe ulice, gdy jego ciało niesiono na miejsce pochówku niespełna pól mili stąd. Sto dwadzieścia lat później wielka rzesza zgromadziła się jeszcze raz, aby cieszyć się z uroczystego uznania przez Kościół wybitnej świętości tego umiłowanego ojca dusz. Jaki może być lepszy sposób wyrażenia radości tej chwili niż zwrócenie się do naszego niebieskiego Ojca z serdecznym dziękczynieniem, modląc się słowami, które błogosławiony John Henry Newman włożył w usta chórów anielskich w niebie:

Chwalcie Najświętszego na wysokościach

I w głębokościach niech będzie wysławiany;

Najwspanialszy we wszystkich swych słowach,

Najpewniejszy na wszystkich swych drogach!

Benedykt XVI podczas spotkania z nauczycielami i zakonnikami w Kolegium Uniwersytetu Najświętszej Maryi Panny w londyńskiej dzielnicy Twickenham podziękował zakonom za wkład w dzieło edukacji na Wyspach Brytyjskich. Papież przypomniał, że wiele brytyjskich zgromadzeń nauczających „zanosiło światło Ewangelii daleko poza granice tych ziem jako część wielkiego misyjnego dzieła Kościoła”.

Publikujemy tekst papieskiego przemówienia.

Ekscelencjo Sekretarzu Stanu ds. Oświaty,

Biskupie Stacku, Doktorze Naylorze

Czcigodni Ojcowie, Bracia i Siostry w Chrystusie

Z wielką przyjemnością korzystam z tej okazji, aby złożyć hołd wspaniałemu wkładowi, wnoszonemu przez zakonników i zakonnice w tym kraju do szlachetnego dzieła edukacji. Dziękuję młodym ludziom za ich piękny śpiew i dziękuję siostrze Teresie za jej słowa. Jej i wszystkim, pełnym oddania osobom, które poświęcają swe życie uczeniu młodzieży, pragnę wyrazić uczucia głębokiego uznania. Kształtujecie nowe pokolenia nie tylko w poznawaniu wiary, ale także w każdym aspekcie tego, co znaczy żyć jako dojrzali i odpowiedzialni obywatele w dzisiejszym świecie.

Jak wiecie, zadaniem nauczyciela jest nie tylko przekazywanie wiadomości lub prowadzenie ćwiczeń praktycznych, aby społeczeństwo miało z tego jakieś korzyści ekonomiczne; oświata nie jest i nigdy nie była traktowana w kategoriach czysto utylitarnych. Chodzi w niej o kształtowanie osoby ludzkiej, wyposażenie jego lub jej w umiejętność przeżywania życia w pełni – krótko mówiąc, chodzi o przekazywanie mądrości. A prawdziwej mądrości nie da się oddzielić od wiedzy o Stwórcy, gdyż „w ręku Jego i my, i nasze słowa, roztropność wszelka, i umiejętność działania” (Mdr 7,16).

Ten nadprzyrodzony wymiar nauki i nauczania jasno pojmowali mnisi, którzy tak bardzo przyczynili się do ewangelizacji tych wysp. Myślę o benedyktynach, którzy towarzyszyli świętemu Augustynowi w jego misji w Anglii, o uczniach świętego Kolumby, którzy szerzyli wiarę w Szkocji i Północnej Anglii, o świętym Dawidzie i jego towarzyszach w Walii. Ponieważ poszukiwanie Boga, które jest samym sercem powołania monastycznego, wymaga aktywnego zaangażowania środków, przez które On sam daje się poznać – Jego stworzenia i Jego objawionego słowa – było całkiem oczywiste, że klasztor musiał mieć bibliotekę i szkołę (por. Przesłanie do przedstawicieli świata kultury w Kolegium Bernardynów w Paryżu, 12 września 2008). To właśnie oddanie się mnichów nauczaniu jest drogą, na której spotyka się Wcielone Słowo Boże, które legło u podstaw naszej zachodniej kultury i cywilizacji.

Rozglądając się dziś wokół siebie widzę wiele osób zakonnych ze zgromadzeń czynnych, których charyzmatem jest wychowanie młodzieży. Jest to dla mnie okazją do wyrażenia wdzięczności Bogu za życie i pracę Czcigodnej Marii Ward, pochodzącej z tej krainy, której pionierska wizja czynnego życia zakonnego dla kobiet wydała tak wiele owoców. Mnie samego, gdy byłem młodym chłopcem, uczyły „Damy Angielskie” i mam wobec nich wielki dług wdzięczności. Wiele z was należy do zgromadzeń nauczających, które zaniosły światło Ewangelii daleko poza granice tych ziem jako część wielkiego misyjnego dzieła Kościoła i za to także składam podziękowanie i modlę się do Boga. Często zakładaliście fundacje o charakterze oświatowym na długo przedtem, zanim państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za tę życiowo ważną służbę na rzecz jednostek i społeczeństwa. Nadal rozwijając rolę łącznika między Kościołem a państwem w dziedzinie oświaty, nigdy nie zapominajcie, że osoby zakonne mają do zaoferowania temu apostolatowi jedyny w swoim rodzaju wkład, przede wszystkim przez życie poświęcone Bogu oraz przez wierne, miłujące świadectwo o Chrystusie, najwyższym Nauczycielu.

Zaprawdę obecność osób zakonnych w szkołach katolickich jest mocnym przypomnieniem szeroko dyskutowanego etosu katolickiego, który obejmuje wszystkie aspekty życia szkolnego. Wykracza to daleko poza oczywisty wymóg, aby nauczanie pozostawało zawsze w zgodzie z nauką Kościoła. Oznacza to, że życie wiarą musi być siłą sprawczą wszelkiej działalności w szkole, tak aby misja Kościoła mogła być sprawowana skutecznie a młodzi ludzie mogli odkrywać radość, gdy wkraczają w Chrystusowe „bycie dla innych” (Spe salvi, 28).

Zanim zakończę, pragnę dodać szczególne słowa uznania dla tych, którzy mają zadanie zapewnić, aby nasze szkoły były odpowiednim środowiskiem dla dzieci i młodych ludzi. Nasza odpowiedzialność na tych, którzy nam zaufali ze względu na ich formację chrześcijańską, w żadnym wypadku nie jest mniejsza. Rzeczywiście, życie wiarą może być skutecznie karmione tylko wtedy, gdy będzie panowała atmosfera pełnego szacunku i miłości zaufania. Modlę się, aby mogło to nadal być znakiem probierczym szkół katolickich w tym kraju.

Z tymi uczuciami, drodzy Bracia i Siostry, zapraszam was obecnie do powstania i modlitwy.

Biskupie Stacku, chciałbym poprosić Cię jako przewodniczącego Biura Zarządzających Uniwersytetu Maryi Panny o przyjęcie, w imieniu Kolegium, tego daru – mozaiki Najświętszej Maryi Panny.

Benedykt XVI podczas dzisiejszego spotkania na terenie Kolegium Uniwersytetu Maryi Panny w dzielnicy Twickenham w Londynie wezwał młodych Brytyjczyków „do stawania się świętymi” i prosił ich, aby nie „zadowalali się drugorzędną doskonałością”. Papież przestrzegł młodych ludzi przed wąską specjalizacją i ograniczaniem swoich horyzontów. „Świat potrzebuje dobrych uczonych, ale spojrzenie naukowe staje się niebezpiecznie wąskie, jeśli pomija religijny lub etyczny wymiar życia, tak jak i religia staje się wąska, jeśli odrzuca uprawniony wkład nauki do naszego rozumienia świata” – powiedział Ojciec Święty.

Publikujemy tekst papieskiego przemówienia.

Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie,

Drodzy młodzi przyjaciele,

Przede wszystkim chcę wam powiedzieć, jak bardzo cieszę się, że jestem tu dzisiaj z wami. Pozdrawiam was bardzo gorąco, tych, którzy przybyli na Uniwersytet Najświętszej Maryi Panny ze szkół i kolegiów katolickich z całego Zjednoczonego Królestwa oraz wszystkich, którzy śledzą to w telewizji lub za pośrednictwem internetu. Dziękuję biskupowi McMahonowi za jego uprzejme słowa powitania. Dziękuję chórowi i zespołowi za piękną muzykę, która rozpoczęła naszą uroczystość i dziękuję pannie Bellot za jej miłe słowa w imieniu wszystkich tu obecnych młodych ludzi. Z myślą o przyszłych Igrzyskach Olimpijskich w Londynie miałem przyjemność zainaugurować działalność Fundacji Sportowej, noszącej imię Jana Pawła II i modlę się, aby wszyscy, którzy tu przychodzą, głosili chwałę Boga przez swe działania sportowe, jak również przez dostarczanie radości samym sobie i innym.

Nieczęsto zdarza się, aby papież a nawet ktokolwiek inny, miał możność jednoczesnego przemawiania do uczniów wszystkich szkół katolickich Anglii, Walii i Szkocji. I z chwilą, gdy obecnie mam taką szansę, bardzo chcę wam coś powiedzieć. Mam nadzieję, że wśród tych, którzy mnie dziś tu słuchają, są także przyszli święci XXI wieku. Dla każdego z was Bóg chce najbardziej, abyście mogli stać się świętymi. Kocha was znacznie bardziej niż możecie to sobie wyobrazić i chce dla was wszystkiego tego, co najlepsze. A najlepszą rzeczą jest dla was wzrastanie w świętości.

Być może niektórzy z was nigdy nie myśleli o tym wcześniej. Być może niektórzy z was sądzą, że bycie świętym to nie dla was. Pozwólcie, że wyjaśnię, co ja o tym myślę. Gdy jesteśmy młodzi, możemy zwykle myśleć o ludziach, których widzimy, ludziach, których podziwiamy i do których chcemy się upodobnić. Może się zdarzyć, że do kogoś, kogo spotykamy w naszym codziennym życiu, będziemy żywić wielki szacunek. Lub będzie to ktoś sławny. Żyjemy w kulturze sławy i młodzi ludzie często są zachęcani do kształtowania samych siebie według postaci świata sportu lub rozrywki. I oto pytam was: jakie cechy widzicie w innych, które chcielibyście mieć sami? Jaką osobą naprawdę chcielibyście być?

Zapraszając was do stawania się świętymi, proszę was, abyście nie zadowalali się drugorzędną doskonałością. Proszę was, abyście nie stawiali sobie jednego ograniczonego celu i pomijali wszystkie inne. Posiadanie pieniędzy umożliwia bycie wielkodusznym i czynienie dobra w świecie, ale jeśli robi się to dla samego siebie, nie wystarcza to, abyśmy byli szczęśliwi. Bycie w wysokim stopniu wyszkolonym w niektórych działaniach lub zawodach jest dobre, ale nie da nam zadowolenia, jeśli nie będziemy ciągle dążyli do czegoś jeszcze większego. Może to uczynić nas sławnymi, ale nie zrobi z nas ludzi szczęśliwych. Szczęście jest czymś, czego wszyscy pragniemy, ale jedną z największych tragedii na tym świecie jest to, że tak wielu ludzi nigdy go nie znajduje, gdyż szukają go w złych miejscach. Klucz do tego jest bardzo prosty – prawdziwe szczęście musi być osadzone w Bogu. Potrzebujemy odwagi, aby umieścić swe najgłębsze nadzieje w samym Bogu, nie w pieniądzach, w karierze, w sukcesach doczesnych czy w naszych związkach z innymi, ale w Bogu. Tylko On może zadowolić najgłębsze potrzeby naszych serc.

Bóg nie tylko kocha nas tak dogłębnie i intensywnie, że możemy tylko cząstkowo próbować to zrozumieć, ale wzywa nas, abyśmy odpowiedzieli na tę miłość. Wiecie wszyscy, jak to jest, gdy spotykacie kogoś ciekawego i pociągającego i chcecie się stać przyjacielem takiej osoby. Często macie nadzieję, że oni uznają za ciekawych i pociągających was i będą chcieli być waszymi przyjaciółmi. Bóg chce waszej przyjaźni. I gdy pewnego razu nawiążecie przyjaźń z Bogiem, wszystko w waszym życiu zacznie się zmieniać. Gdy poznacie Go lepiej, zauważycie, że chcecie odzwierciedlać coś z Jego nieskończonej dobroci w swoim własnym życiu. Zacznie was pociągać praktykowanie cnót. Zaczniecie dostrzegać chciwość i samolubstwo oraz wszelkie inne grzechy, jakimi one rzeczywiście są, niszczycielskie i niebezpieczne tendencje, powodujące głębokie cierpienia i wyrządzające wielkie szkody i zechcecie sami unikać wpadania w te pułapki. Zaczniecie odczuwać współczucie dla ludzi przeżywających trudności oraz zapragniecie uczynić coś, aby im pomóc. Zechcecie udać się z pomocą ubogim i głodnym, zechcecie pocieszać smutnych, być dobrymi i wielkodusznymi. I pewnego razu sprawy te zaczynają mieć dla was znaczenie a wy wkraczacie na drogę do stania się świętymi.
 

Wasze szkoły katolickie zawsze dają szerszy obraz wykraczający poza przedmioty, których się uczycie i kwalifikacje, które zdobywacie. Całą pracę, jaką wykonujecie, umieszczają w kontekście wzrastania w przyjaźni z Bogiem i wszystkiego, co wypływa z tej przyjaźni. Uczycie się więc nie tyle po to, aby być dobrymi uczniami ale aby być dobrymi obywatelami, dobrymi ludźmi. Gdy przechodzicie do wyższych klas, musicie wybierać przedmioty, których się uczycie, zaczynacie specjalizować się, mając na uwadze to, co będziecie robić później w życiu. Jest to słuszne i właściwe. Zawsze jednak pamiętajcie, że każdy przedmiot, którego się uczycie, jest częścią większego obrazu. Nigdy nie dopuszczajcie do tego, abyście stawali się ludźmi o ciasnych horyzontach. Świat potrzebuje dobrych uczonych, ale spojrzenie naukowe staje się niebezpiecznie wąskie, jeśli pomija religijny lub etyczny wymiar życia, tak jak i religia staje się zawężona, jeśli odrzuca uprawniony wkład nauki do naszego rozumienia świata. Potrzebujemy dobrych historyków, filozofów i ekonomistów, lecz jeśli opis życia ludzkiego, który dają w ramach swej specjalności, jest zbyt wąski, mogą nas wprowadzić w poważny błąd.

Dobra szkoła umożliwia całościowe wychowanie całej osoby. A dobra szkoła katolicka powinna poza tym pomagać wszystkim swym uczniom w stawaniu się świętymi. Wiem, że w szkołach katolickich Wielkiej Brytanii uczy się wielu niekatolików i pragnę wszystkich ich objąć dziś swoim słowem. Modlę się, abyście wy także czuli się zachęcani do praktykowania cnoty i do wzrastania w wiedzy i przyjaźni z Bogiem obok swych kolegów katolickich. Macie przypominać im o szerszym obrazie, jaki istnieje poza szkołą i rzeczywiście jest to jedynie słuszne, aby w szkole katolickiej szacunek i przyjaźń wobec członków innych tradycji religijnych były nauczane obok innych cnót. Mam również nadzieję, że zechcecie dzielić z każdym, kogo spotykacie, wartości i poglądy, których nauczyliście się dzięki otrzymanemu wychowaniu chrześcijańskiemu.

Drodzy przyjaciele, dziękuję wam za waszą uwagę, obiecuję modlić się za was i proszę was, abyście i wy modlili się za mnie. Mam nadzieję spotkać się z wieloma z was w sierpniu przyszłego roku podczas Światowego Dnia Młodzieży w Madrycie. Tymczasem niech Bóg was wszystkich błogosławi!

Wyrażam najgłębszy żal niewinnym ofiarom tych niewypowiedzianych zbrodni wraz z nadzieją, że moc łaski Chrystusowej, Jego ofiary pojednania, przyniesie głębokie uzdrowienie i pokój w ich życiu” – powiedział Benedykt XVI podczas dzisiejszej Mszy św. w westminsterskiej katedrze Przenajświętszej Krwi Naszego Pana Jezusa Chrystusa w Londynie.

Jakub Szymczuk/ Agencja GN ©

Benedykt XVI w Wielkiej Brytanii

Publikujemy tekst papieskiej homilii.

Drodzy Przyjaciele w Chrystusie,

Pozdrawiam was wszystkich z radością w Panu i dziękuję za wasze gorące przyjęcie. Jestem wdzięczny Arcybiskupowi Nicholsowi za jego słowa powitania w waszym imieniu. Rzeczywiście, podczas tego spotkania Następcy Piotra i wiernych Brytanii „serce mówi do serca”, gdy radujemy się w miłości Chrystusa i w naszym wspólnym wyznawaniu wiary katolickiej, która dotarła do nas od Apostołów. Jestem szczególnie szczęśliwy, że nasze spotkanie odbywa się w tej katedrze, poświęconej Przenajdroższej Krwi, która jest znakiem odkupieńczej miłości Boga, rozlanej na świat przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny pozdrawiam Arcybiskupa Canterbury, który zaszczycił nas swoją obecnością.

Ktoś, kto odwiedza tę katedrę, musi zostać poruszony wielkim krzyżem, dominującym nad nawą, który przedstawia ciało Chrystusa przygniecione cierpieniem, przytłoczone smutkiem, niewinną ofiarę, którego śmierć pojednała nas z Ojcem i dała nam udział w prawdziwym życiu Boga. Rozciągnięte ramiona Pana zdają się obejmować cały kościół, podnosząc ku Ojcu wszystkie zastępy wiernych, którzy gromadzą się wokół ołtarza ofiary eucharystycznej i mają udział w jej owocach. Ukrzyżowany Pan stoi ponad i przed nami jako źródło naszego życia i zbawienia, „arcykapłan dóbr przyszłych”, jak nazywa Go autor Listu do Hebrajczyków w pierwszym dzisiejszym czytaniu (Hb 9, 11).

To w cieniu, jeśli można tak powiedzieć, tego poruszającego obrazu, chciałbym rozważać słowo Boże, które zostało ogłoszone między nami i zastanowić się nad tajemnicą Przenajdroższej Krwi. Tajemnica ta prowadzi nas bowiem do dostrzeżenia jedności między ofiarą Chrystusa na Krzyżu, ofiarą eucharystyczną, którą dał On swemu Kościołowi a Jego odwiecznym kapłaństwem, przez które On, siedząc po prawicy Ojca, nieustannie wstawia się za nami, członkami Jego mistycznego Ciała.

Zacznijmy od ofiary na Krzyżu. Przelanie krwi Chrystusowej jest źródłem życia Kościoła. Jak wiemy, święty Jan widzi w wodzie i krwi, które wypłynęły z boku Pana, zdrój tego boskiego życia, którego udziela Duch Święty i przekazuje nam w sakramentach (J 19,34; por. 1 J 1,7; 5,6-7). List do Hebrajczyków wyprowadza, moglibyśmy powiedzieć, skutki liturgiczne z tej tajemnicy. Jezus swoim cierpieniem i śmiercią, swoim samoofiarowaniem się w odwiecznym Duchu, stał się naszym arcykapłanem i „pośrednikiem Nowego Przymierza” (Hb 9,15). Słowa te są odbiciem słów naszego Pana w czasie Ostatniej Wieczerzy, gdy ustanowił Eucharystię jako sakrament swego ciała, dany nam i swoją krew nowego i wiecznego przymierza, przelaną za odpuszczenie grzechów (por. Mk 14,24; Mt 26,28; Łk 22,20).

Wierny Chrystusowemu poleceniu: „to czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19) Kościół w każdym czasie i miejscu sprawuje Eucharystię aż do powrotu Pana w chwale, radując się w Jego obecności sakramentalnej i pokładając siłę w Jego zbawczej ofierze za odkupienie świata. Rzeczywistość ofiary eucharystycznej znajdowała się zawsze w sercu wiary katolickiej; gdy poddawano ją w wątpliwość w XVI wieku, została uroczyście potwierdzona na Soborze Trydenckim w obliczu przesłaniania naszego usprawiedliwienia w Chrystusie. Tu, w Anglii, jak wiemy, było wielu tych, którzy wiernie bronili Mszy, często za wielką cenę, oddając życie za tę pobożność do Najświętszej Eucharystii, która była znakiem firmowym katolicyzmu na tych ziemiach.

Eucharystyczna ofiara Ciała i Krwi Chrystusa obejmuje z kolei tajemnicę trwającej nadal męki naszego Pana w członkach Jego Mistycznego Ciała, którym jest Kościół w każdej epoce. Tutaj wielki krucyfiks, który góruje nad nami, służy jako przypomnienie, że Chrystus, nasz odwieczny arcykapłan, codziennie włącza nasze własne ofiary, nasze własne cierpienia, nasze własne potrzeby, nadzieje i dążenia w nieskończone zasługi swej ofiary. Przez Niego, z Nim i w Nim zanosimy nasze własne ciała jako ofiarę świętą i Bogu przyjemną (por. Rz 12,1). W tym sensie przeważyliśmy w Jego wiecznej ofierze, dopełniając, jak mówi św. Paweł, w naszym ciele braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (por. Kol 1,24). W życiu Kościoła, w jego doświadczeniach i wstrząsach Chrystus, jak głosi mocne zdanie Pascala, nadal kona aż do końca świata (Pascal, 353, wyd. Braunschweig).

Widzimy ten aspekt tajemnicy najdroższej Krwi Chrystusa, reprezentowany niezwykle wymownie przez męczenników wszystkich czasów, którzy pili z kielicha, z którego pije sam Chrystus i których własna krew, przelana w łączności z Jego ofiarą, daje nowe życie Kościołowi. Odzwierciedla się to również w naszych braciach i siostrach na całym świecie, którzy nawet teraz cierpią dyskryminację i prześladowania za swoją wiarę chrześcijańską. Dzieje się tak również jeszcze obecnie, często są to ukryte cierpienia wszystkich tych pojedynczych chrześcijan, którzy codziennie łączą swe ofiary z ofiarą Pana za uświęcenie Kościoła i odkupienie świata. Myśl moja biegnie szczególnie ku wszystkim tym, którzy są duchowo złączeni z tą celebracją eucharystyczną, a zwłaszcza ku chorym, w starszym wieku, niepełnosprawnym oraz cierpiącym umysłowo i duchowo.

Myślę tu również o wielkich cierpieniach spowodowanych nadużyciami wobec dzieci, zwłaszcza w Kościele i przez jego sługi. Przede wszystkim wyrażam najgłębszy żal niewinnym ofiarom tych niewypowiedzianych zbrodni wraz z nadzieją, że moc łaski Chrystusowej, Jego ofiary pojednania, przyniesie głębokie uzdrowienie i pokój w ich życiu. Uznaję też wstyd i upokorzenie, jakie my wszyscy przeżywaliśmy z powodu tych grzechów; i wzywam was do ofiarowania ich Panu wraz z ufnością, że kara ta przyczyni się do uzdrowienia ofiar, oczyszczenia Kościoła i odnowy jego wieloletniego zaangażowania w dziedzinie wychowania i troski o młodych ludzi. Wyrażam swą wdzięczność za wysiłki podejmowane w celu odpowiedzialnego zajęcia się tym problemem i proszę was wszystkich o wykazanie troski o ofiary i o solidarność z waszymi księżmi.

Drodzy przyjaciele, powróćmy do rozważań na temat wielkiego krucyfiksu, wznoszącego się nad nami. Dłonie naszego Pana, rozpięte na Krzyżu, także zapraszają nas do rozważania naszego udziału w Jego odwiecznym kapłaństwie i tym samym naszej odpowiedzialności, jako członków Jego Ciała, do zaniesienia pojednawczej siły Jego ofiary światu, w którym żyjemy. Sobór Watykański II wypowiedział się wymownie o niezastąpionej roli świeckich w niesieniu posłannictwa Kościoła przez ich wysiłki służenia jako zaczyn Ewangelii w społeczeństwie i pracy na rzecz rozwijania Królestwa Bożego w świecie (por. Lumen Gentium, 31; Apostolicam Actuositatem, 7). Soborowe wezwanie wiernych świeckich, aby podejmowali swe, wynikające z chrztu, zadania udziału w misji Chrystusa, jest odbiciem oglądów i nauczania Johna Henry’ego Newmana. Niech głębokie idee tego wielkiego Anglika nadal inspirują wszystkich wyznawców Chrystusa w tym kraju do każdej ich myśli, słowa i działania dla Chrystusa oraz do żmudnej pracy w obronie tych niezmiennych prawd moralnych, które – oświetlone i potwierdzone przez Ewangelię – stanowią podstawę społeczeństwa prawdziwie ludzkiego, sprawiedliwego i wolnego.

Jakże wiele współczesnych społeczeństw potrzebuje tego świadectwa! Jakże wiele potrzebujemy my, w Kościele i w społeczeństwie, świadków piękna świętości, świadków wspaniałości prawdy, świadków radości i wolności zrodzonej z żywego związku z Chrystusem! Jednym z największych wyzwań stojących dziś przed nami jest to, jak mówić z przekonaniem o mądrości i wyzwalającej mocy słowa Bożego światu, który cały także postrzega Ewangelię jako ograniczenie wolności ludzkiej, zamiast prawdy, która wyzwala nasze umysły i rozjaśnia nasze wysiłki, abyśmy żyli mądrze i dobrze, zarówno jako jednostki, jak i jako członkowie społeczeństwa.

Módlmy się zatem, aby katolicy w tym kraju stawali się coraz bardziej świadomi swej godności jako lud kapłański, powołany do poświęcenia świata Bogu przez życie wiarą i w świętości. I niech temu wzrostowi gorliwości apostolskiej towarzyszy strumień modlitwy o powołania do kapłaństwa. Im bardziej ma wzrastać apostolstwo świeckich, tym bardziej odczuwana jest paląca potrzeba modlitwy za księży; i im bardziej pogłębia się wśród świeckich poczucie właściwego im powołania, tym bardziej odnosi się to do księży. Oby jak najwięcej młodych ludzi w tym kraju mogło znaleźć siłę do udzielenia odpowiedzi na wezwanie Pana do pełnienia posługi kapłańskiej, poświęcenia swego życia, swej energii i swych zdolności Bogu, a więc do budowania swego ludu w jedności i wierności Ewangelii, zwłaszcza przez sprawowanie ofiary eucharystycznej.

Drodzy przyjaciele, w tej katedrze Przenajdroższej Krwi, wzywam was jeszcze raz do spojrzenia na Chrystusa, który przewodzi nam w wierze i prowadzi do doskonałości (por. Hb 12,2). Proszę was, abyście sami jednoczyli się coraz bardziej w Panu, uczestnicząc w Jego ofierze na Krzyżu i ofiarowując Mu tę „cześć duchową” (por. Rz 12,1), która obejmuje każdy aspekt naszego życia i znajduje wyraz w naszych wysiłkach, aby przyczynić się do nadejścia Jego Królestwa. Modlę się, abyście czyniąc to, mogli połączyć zastępy wiernych w ciągu całej chrześcijańskiej historii tego kraju w budowaniu społeczeństwa prawdziwie godnego człowieka, godnego najwyższych tradycji waszego narodu.

O właściwym miejscu religii w procesie politycznym mówił Benedykt XVI w przemówieniu wygłoszonym podczas spotkania z przedstawicielami społeczeństwa, korpusu dyplomatycznego, świata polityki, nauki i przedsiębiorczości. Odbyło się ono w Westminster Hall (sali Westminsterskiej) w siedzibie Parlamentu w Londynie.

DANIEL DEME / PAP/EPA ©

Benedykt XVI w Londynie

Papież wyraził przekonanie, że świat rozumu i świat wiary potrzebują siebie wzajemnie i powinny prowadzić dialog dla dobra naszej cywilizacji. Z niepokojem mówił o rosnącej marginalizacji religii, a zwłaszcza chrześcijaństwa, przejawiającej się w usuwaniu jej do sfery czysto prywatnej, rezygnacji z publicznych obchodów takich świąt, jak Boże Narodzenie w imię tolerancji dla wierzących inaczej, a także w domaganiu się od chrześcijan zajmujących funkcje publiczne, aby niekiedy działali wbrew własnemu sumieniu. Zaapelował o to, by instytucje religijne miały zapewnioną „swobodę działania zgodnie z własnymi zasadami i przekonaniami mającymi swe podstawy w wierze i oficjalnym nauczaniu Kościoła”.


Publikujemy pełny tekst przemówienia:


PRZEMÓWIENIE BENEDYKTA XVI NA SPOTKANIU Z PRZEDSTAWICIELAMI SPOŁECZEŃSTWA BRYTYJSKIEGO, KORPUSU DYPLOMATYCZNEGO, ŚWIATA POLITYKI, NAUKI I PRZEDSIĘBIORCZOŚCI

WESTMINSTER HALL, 17 IX 2010

Szanowny Panie Przewodniczący Izby Gmin!

Dziękuję za pańskie słowa powitania, wypowiedziane w imieniu tego zgromadzenia wybitnych osobistości. Zwracając się do was, jestem świadom udzielonego mi przywileju, by mówić do Brytyjczyków oraz ich przedstawicieli w Westminster Hall. Jest to budynek o wyjątkowym znaczeniu w dziejach obywatelskich i politycznych mieszkańców tych wysp. Niech mi też będzie wolno wyrazić szacunek dla Parlamentu, który istnieje w tym miejscu od wieków i który miał tak wielki wpływ na rozwój władzy partycypacyjnej wśród narodów, zwłaszcza w krajach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i w ogóle w krajach języka angielskiego. Wasza wspólna tradycja prawa jest podstawą systemów prawnych w wielu częściach świata, a wasza szczególna wizja prawa a także właściwych obowiązków państwa i jednostki oraz podziału władzy pozostaje inspiracją dla wielu na całym świecie.

Mówiąc do was w tym historycznym miejscu myślę o niezliczonych mężczyznach i kobietach, którzy na przestrzeni wieków odegrali ważną rolę w przełomowych wydarzeniach, jakie miały miejsce w tych murach i które ukształtowały życie wielu pokoleń Brytyjczyków oraz ludzi innych narodowości. Pragnę szczególnie przypomnieć postać św. Tomasza Morusa, angielskiego uczonego i wielkiego męża stanu, który jest podziwiany zarówno przez wierzących jak i niewierzących ze względu na uczciwość, z jaką był wierny swemu sumieniu, nawet kosztem urażenia władcy, którego był „dobrym sługą”, ponieważ chciał nade wszystko służyć Bogu. Dylemat przed którym w owych trudnych czasach stanął Morus, odwieczna kwestia relacji między tym, co należy do Cezara, a co do Boga, daje mi okazję, by wraz z wami zastanowić się pokrótce nad właściwym miejscem religii w procesie politycznym.

Tradycja parlamentarna tego kraju wiele zawdzięcza narodowemu instynktowi zachowania umiaru, pragnieniu osiągnięcia autentycznej równowagi między słusznymi roszczeniami rządu a prawami osób mu podlegających. Mimo, że w niektórych momentach historii waszego kraju podjęto zdecydowane kroki zmierzające do ustanowienia granic sprawowania władzy, to jednak instytucje polityczne narodu były w stanie się rozwijać, zachowując znaczną stabilność. W tym procesie Wielka Brytania stała się demokracją pluralistyczną, przywiązującą wielkie znacznie do wolności słowa, swobód politycznych i szacunku dla prawa, z silnym poczuciem indywidualnych praw i obowiązków oraz równości wszystkich obywateli wobec prawa. Chociaż katolicka nauka społeczna formułuje to w innym języku, to ma ona wiele wspólnego z takim podejściem, z jego nadrzędną troską o zagwarantowanie wyjątkowej godności każdej osobie ludzkiej, stworzonej na obraz i podobieństwo Boga, oraz zaakcentowanym w nim naciskiem na obowiązek władzy cywilnej, by krzewić dobro wspólne.

A mimo to kwestie podstawowe, które wchodziły w grę w procesie Tomasza Morusa pojawiają się nadal, w nieustannie zmieniających się kategoriach wraz ze zmianą warunków społecznych. Każde pokolenie, starając się promować dobro wspólne, musi pytać na nowo: czego władze mogą racjonalnie wymagać od obywateli i jak daleko mogą się w swych żądaniach posunąć? Odwołując się do jakiej władzy, można rozwiązywać dylematy moralne? Pytania te kierują nas bezpośrednio do etycznych podstaw debaty obywatelskiej. Jeśli zasady moralne leżące u podstaw procesu demokratycznego same nie są określane przez nic bardziej trwałego niż społeczny konsens, wówczas kruchość owego procesu staje się aż nazbyt oczywista – tu tkwi prawdziwe wyzwanie dla demokracji.

Nieadekwatność pragmatycznych, krótkoterminowych rozwiązań złożonych problemów społecznych i etycznych jest niezwykle widoczna w niedawnym światowym kryzysie finansowym. Istnieje powszechna zgoda, że brak solidnych podstaw etycznych w działalności gospodarczej przyczynił się do poważnych trudności, doświadczanych obecnie przez miliony ludzi na całym świecie. Podobnie jak „każda decyzja ekonomiczna ma konsekwencję o charakterze moralnym” (Caritas in veritate, 37), tak też w dziedzinie politycznej wymiar etyczny polityki ma daleko idące konsekwencje, na których ignorowanie żaden rząd nie może sobie pozwolić. Pozytywną tego ilustracją jest jedno szczególnie godne uwagi osiągnięcie brytyjskiego parlamentu – zniesienie handlu niewolnikami. Kampania, która doprowadziła do tego przełomowego prawodawstwa była budowana na solidnych zasadach etycznych, zakorzenionych w prawie naturalnym i wniosła do cywilizacji wkład, z którego ten naród słusznie może być dumny.

Iluż ludzi na całym świecie czekało tej chwili!” – powiedział Papież o beatyfikacji Johna Henry’ego Newmana w jej przeddzień na czuwaniu modlitewnym w Hyde Parku. Zaznaczył, że również dla niego osobiście jest ona wielką radością, bo angielski kardynał od dawna już wywiera ogromny wpływ na jego życie i myśl.

Zofia Pyszny ©

Czuwanie modlitewne w Hyde Parku

Londyn 18 września, Hyde Park, czuwanie modlitewne

Moi bracia i siostry w Chrystusie!

Jest to wieczór radości, ogromnej radości duchowej dla nas wszystkich. Zebraliśmy się tutaj na czuwaniu modlitewnym, aby przygotować się do jutrzejszej Mszy świętej, podczas której wielki syn tego narodu, kardynał John Henry Newman zostanie ogłoszony błogosławionym. Jakże wielu ludzi w Anglii i na całym świecie oczekiwało na tę chwilę! Dzielenie się tym doświadczeniem z wami jest również wielką radością dla mnie osobiście. Jak wiecie, Newman przez długi czas wywierał istotny wpływ na moje życie i myśl, podobnie jak w przypadku wielu ludzi poza Wyspami Brytyjskimi. Dramat życia Newmana zachęca nas do zastanowienia się nad naszym życiem, do spojrzenia na nie na tle ogromnego horyzontu planów Bożych oraz do wzrastania w łączności z Kościołem wszystkich czasów i miejsc: Kościołem Apostołów, Kościołem męczenników, Kościołem świętych, Kościołem, który Newman kochał i którego misji poświęcił całe swoje życie.

Dziękuję arcybiskupowi Peterowi Smithowi za jego uprzejme słowa powitania w waszym imieniu, szczególną zaś przyjemność sprawia mi widok tak wielu młodych ludzi obecnych na tym czuwaniu. W ten wieczór, w ramach naszej wspólnej modlitwy, chciałbym wraz z wami zastanowić się nad kilku aspektami życia Newmana, które uważam za bardzo istotne dla naszego życia jako ludzi wierzących oraz dla życia współczesnego Kościoła.

Niech mi będzie wolno zacząć od przypomnienia, że Newman, jak sam wspomina, prześledził całe swoje życie aż do potężnego doświadczenia nawrócenia, które przeżył jako człowiek młody. Było to bezpośrednie doświadczenie prawdy słowa Bożego, obiektywnej rzeczywistości objawienia chrześcijańskiego, przekazanego w Kościele. Doświadczenie to, zarazem religijne i intelektualne, będzie natchnieniem dla jego powołania, by stał się sługą Ewangelii, dla jego rozeznania źródła wiarygodnego nauczania w Kościele Bożym i jego zapału do odnowy życia kościelnego w wierności tradycji apostolskiej. Pod koniec życia Newman opisze dzieło swego życia jako walkę z narastającą tendencją do postrzegania religii jako sprawy czysto prywatnej i subiektywnej, kwestię osobistego poglądu. Oto pierwsza lekcja, jaką możemy wyciągnąć z jego życia: w naszych czasach, gdy relatywizm intelektualny i moralny grozi podkopaniem samych podstaw naszego społeczeństwa, Newman przypomina nam, że jako mężczyźni i kobiety, uczynieni na obraz i podobieństwo Boga, zostaliśmy stworzeni, aby poznać prawdę, odnaleźć w tej prawdzie naszą ostateczną wolność i spełnienie naszych najgłębszych ludzkich dążeń. Jednym słowem, mamy za zadanie poznać Chrystusa, który sam jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6).

Życie Newmana uczy nas także, że umiłowanie prawdy, uczciwości intelektualnej i prawdziwego nawrócenia jest kosztowne. Prawdy, która nas wyzwala, nie można zatrzymywać dla siebie; wzywa ona do świadectwa, prosi, aby jej wysłuchać, a w ostateczności jej moc przekonywania płynie z niej samej, a nie z ludzkiej wymowy lub argumentów, w których może być sformułowana. Niedaleko stąd, w Tyburn, wielu naszych braci i sióstr oddało życie za wiarę; świadectwo ich wierności aż do końca było znacznie mocniejsze niż natchnione słowa, które tak wielu z nich wypowiedziało, zanim wszystko oddali Panu. W naszych czasach ceną, jaką trzeba zapłacić za wierność Ewangelii, nie jest już powieszenie, utopienie i poćwiartowanie, ale często wiąże się ona z odrzuceniem, wyśmianiem czy sparodiowaniem. A jednak Kościół nie może uchylać się od zadania głoszenia Chrystusa i Jego Ewangelii jako prawdy zbawczej, źródła naszego ostatecznego osobistego szczęścia oraz jako podstawy sprawiedliwego i humanitarnego społeczeństwa.

Newman uczy nas także, iż jeśli przyjęliśmy prawdę Chrystusa i dla Niego poświęciliśmy swoje życie, to nie może być rozdźwięku między tym, w co wierzymy, a sposobem, w jaki żyjemy. Każda nasza myśl, słowa i czyny muszą być ukierunkowane na chwałę Boga i szerzenie Jego królestwa. Newman to zrozumiał i był wielkim obrońcą prorockiej posługi laikatu chrześcijańskiego. Widział jasno, że nie tyle akceptujemy prawdę w akcie czysto intelektualnym, ile przyjmujemy ją w dynamice duchowej, która przenika do głębi naszej istoty. Prawda jest przekazywana nie jedynie przez nauczanie formalne, choć jest ono ważne, ale także przez świadectwo życia, przeżywanego integralnie, w wierności i świętości. Ci, którzy żyją w prawdzie i prawdą, instynktownie rozpoznają, co jest fałszywe i to właśnie jako fałszywe, wrogie pięknu i dobru, towarzyszącym blaskowi prawdy, veritatis splendor.

Pierwsze czytanie dzisiejszego wieczoru to wspaniała modlitwa, w której św. Paweł prosi, byśmy otrzymali poznanie „miłości Chrystusa, przewyższającej wszelką wiedzę” (Ef 3,14-21). Apostoł modli się, aby Chrystus mógł zamieszkać w naszych sercach przez wiarę (por. Ef 3,17) i abyśmy „zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość” tej miłości. Przez wiarę możemy dotrzeć do postrzegania słowa Bożego jako lampy dla naszych stóp i światła na naszej ścieżce (por. Ps 119 [118], 105). Newman, podobnie jak niezliczone rzesze świętych, którzy poprzedzili go na drodze naśladowania Chrystusa, uczył, że „miłe światło” wiary prowadzi nas do urzeczywistnienia prawdy o nas samych, naszej godności jako dzieci Bożych oraz wspaniałego przeznaczenia, jakie czeka nas w niebie. Pozwalając, by światło wiary zajaśniało w naszych sercach i pozostając w tym świetle przez naszą codzienną jedność z Panem na modlitwie i udziale w życiodajnych sakramentach Kościoła, sami stajemy się światłem dla naszego otoczenia, wypełniamy swą „funkcję prorocką”; często, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, przybliżamy ludzi o krok bliżej do Pana i Jego prawdy. Bez życia modlitwą, bez przemiany wewnętrznej, która zachodzi dzięki łasce sakramentów, nie możemy, mówiąc słowami Newmana, „promieniować Chrystusem”, stajemy się tylko kolejnym „cymbałem brzmiącym” (1 Kor 13, 1) w świecie wypełnionym coraz większym hałasem i zamętem oraz fałszywymi ścieżkami prowadzącymi jedynie do zawodu i złudzeń.

Jedno z najbardziej ulubionych rozważań kardynała zawiera słowa: „Bóg stworzył mnie, abym wypełnił dla Niego jakąś określoną służbę; powierzył mi jakąś pracę, której nie powierzył nikomu innemu” („O rozwoju doktryny chrześcijańskiej”). Widzimy tu doskonały realizm chrześcijański Newmana, punkt, w którym w sposób nieunikniony przenikają się wiara i życie. Wiara ma przynosić owoce w przemianie naszego świata mocą Ducha Świętego, działającego w życiu i aktywności wierzących. Nikt, kto patrzy realistycznie na nasz współczesny świat, nie może uważać, że chrześcijanie mogą poprzestać na tym, co zwykle czynią, nie zważając na głęboki kryzys wiary, który dotyka naszego społeczeństwa, czy też po prostu uważać, że owo dziedzictwo wartości, przekazanych przez wieki chrześcijaństwa, będzie nadal inspirować i kształtować przyszłość naszego społeczeństwa. Wiemy, że w czasach kryzysu i zamętu Bóg wzbudzał wielkich świętych i proroków odnowy Kościoła i społeczeństwa chrześcijańskiego. Ufamy w Jego opatrzność i modlimy się o Jego nieustanne przewodnictwo. Ale każdy z nas, zgodnie ze swoim statusem życiowym, jest powołany do pracy dla rozwoju królestwa Bożego przez napełnianie życia doczesnego wartościami Ewangelii. Każdy z nas ma misję, każdy z nas jest powołany do przemieniania świata, do działania na rzecz kultury życia, kultury kształtowanej przez miłość i szacunek dla godności każdej osoby ludzkiej. Jak mówi nam nasz Pan w usłyszanym przed chwilą fragmencie Ewangelii, nasze światło musi świecić przed wszystkimi, aby widząc nasze dobre uczynki, mogli wielbić naszego Ojca niebieskiego (por. Mt 5,16).

Pragnę teraz skierować specjalne słowo do wielu obecnych tu ludzi młodych. Drodzy młodzi przyjaciele: tylko Jezus wie, jaką „określoną służbę” ma On na myśli wobec was. Bądźcie otwarci na Jego głos rozbrzmiewający w głębi waszych serc: nawet teraz Jego serce przemawia do waszych serc. Chrystus potrzebuje rodzin, przypominających światu o godności ludzkiej miłości i pięknie życia rodzinnego. Potrzebuje kobiet i mężczyzn, którzy poświęcają swe życie szlachetnemu zadaniu wychowania, ukierunkowując młodych i kształtując ich na drogach Ewangelii. Potrzebuje tych, którzy poświęcą swe życie, dążąc do doskonałej miłości, naśladując Go w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie oraz posługujących Mu w najmniejszych naszych braciach i siostrach. Potrzebuje potężnej miłości zakonnic kontemplacyjnych, które wspierają świadectwo i działalność Kościoła nieustanną modlitwą. I potrzebuje kapłanów, dobrych i świętych kapłanów, mężczyzn, którzy chcą dać swoje życie za swe owce. Zapytajcie Pana, co ma na myśli właśnie wobec was! Proście Go o wielkoduszność, aby powiedzieć „tak!”. Nie lękajcie się oddać siebie całkowicie Jezusowi. On da wam łaskę, potrzebną do wypełniania waszego powołania. Pozwólcie, że zakończę tych kilka słów gorącym zaproszeniem was, abyście wraz ze mną udali się w przyszłym roku do Madrytu na Światowy Dzień Młodzieży. Zawsze jest to wspaniała okazja, by wzrastać w miłości do Chrystusa i odważyć się na radosne życie wiarą wraz z tysiącami innych młodych ludzi. Mam nadzieję, że wielu z was tam zobaczę!

A teraz, drodzy przyjaciele, trwajmy nadal na naszym czuwaniu modlitewnym, przygotowując się do spotkania Chrystusa, obecnego wśród nas w Najświętszym Sakramencie Ołtarza. Razem, w ciszy naszej wspólnej adoracji, otwórzmy swe serca i umysły na Jego obecność, Jego miłość i przekonującą moc Jego prawdy. W sposób szczególny dziękujemy Mu za wytrwałe świadectwo o tej prawdzie, jakie dał kardynał John Henry Newman. Ufni w jego modlitwy, prośmy Pana, aby oświetlał naszą drogę i drogę całego społeczeństwa brytyjskiego łaskawym światłem swej prawdy, swej miłości i swego pokoju. Amen.

Gaudium et spes

Radość i nadzieja to dokument Soboru Watykańskiego II, konkretnie to konstytucja apostolska o Kościele w świecie. W roku 1970 r. mając piętnaście lat poznałem ośrodek Opus Dei w Madrycie na ulicy Princesa 81, blisko mojego domu i szkoły. Pamiętam, że rozmawiając z człowiekiem z Dziela powiedziałem mu, że Sobór Watykański II to nie dobra rzecz. Miałem taką opinię widząc chaos powodowany w Kościele- liturgia byle jaka, niewierność duchowieństwa, kryzys sakramentu spowiedzi.

Mój rozmówca reagował natychmiast i stanowczo. -Co Ty gadasz? Sobór to święta rzecz, to działanie Ducha Świętego w Kościele. Czy czytałeś przynajmniej jeden dokument? – Nie, nic nie czytałem. Musiałem szczerze przyznać się do nieznajomości tych dokumentów. A on beż żadnej wątpliwości moich zdolności z mlodego wieku wręczał mi dwa małe broszury po hiszpańsku- Lumen gentium i Gaudium et spes.

Przeczytałem je i byłem zachwycony. Po pierwsze, że wszytko zrozumiałem, ponieważ były napisane w sposób prosty i dostępny dla każdego. Po drugie, z powodu doktryny tam zawarty. Nauka pozytywna, jasna, nowoczesna I jak najbardziej wierna tradycji Kościóła.

Zachęcam wszystkich do nowego przeczytania tych aktualnych dokumentów Magisterium Kościoła. Dziś znowu czytałem fragmentu Gaudium et spes, ponieważ w tych czasach wszyscy potrzebujemy i radość i nadzieja i pokój. Cytuję dwa fragmenty.

Warte jest więcej to wszystko, co ludzie czynią dla wprowadzenia większej sprawiedliwości, szerszego braterstwa, bardziej ludzkiego uporządkowania dziedziny powiązań społecznych, aniżeli postęp techniczny. 35

Jeśli słowom „autonomia rzeczy doczesnych” nadaje się takie znaczenie, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga, a człowiek może ich używać bez odnoszenia ich do Stworzyciela, to każdy uznający Boga wyczuwa, jak fałszywe są tego rodzaju zapatrywania. Stworzenie bowiem bez Stworzyciela zanika. 36

Ratzinger – Benedykt XVI – Miłość rodząca się z wiary

Wszyscy wiemy, że w ostatnim dniu roku 2022 o godz. 9.34 papież emerytowany Benedykt XVI, Joseph Ratzinger, poszedł do domu Ojca. Wielu z nas ciągle jesteśmy pod wrażeniem mądrości tego pasterza Kościoła Katolickiego, więcej można powiedzieć: nauka i pisma Ratzingera – Benedytka jest dla nas natchnieniem dla lepszego poznania Chrystusa. Mam przy sobie Opera Omnia wydawana przez KUL’u i często – prawie codziennie – czytam je. Dziś, w uroczystości Objawienia Pańskiego, czytałem homilię 7 stycznia 2000 r. w Ratyzbonie. Poddaję fragmentu tego tekstu i zdjęcia całej homilii.

„Ci anty-chrześcijanie chcą uznać tylko to, co w świecie zazwyczaj już występuje. Miarodajną instancją jest dla nich obraz świata. A to, co do niego nie pasuje, nie może w ogóle istnieć. Trzeba to wykluczyć. ‚Oni mówią i myślą jak świat’ (por. 1 J 4,5), pisze Jan. Za tym kryje się kolejne przekonanie, że Bóg przecież wcale nie mógł tak dalece zejść na dół, zadać się z nami tak konkretnie, tak iż sam stał się jednym z nas. Dziś wyraża się to w następujący sposób: Bóg nie może występować w kategoralności, pozostaje w transcendentalności. A tymczasem wiara mówi nam: Nie! On zbliża się do nas zupełnie konkretnie, aż do tego punktu, że jest Dzieckiem; że możemy Go dotknąć, przed Nim upaść i Go adorować – albo się Mu nie oddać. Bóg nie jest zesłany w sferę wielkości i ogólności. Bóg jest konkretny, a to znaczy, że może ingerować w historię i w nasze życie. Bóg może do nas mówić”.

Posted byignacysoler

El trabajo santificado y la Encarnación del Verbo

Se afirma aquí la encarnación como una realidad que concierne a toda la historia, la cual es historia de transformación del mundo a través del trabajo. Por eso interesa destacar el papel del Verbo a la vez como mediador en la creación y como artífice de la redención. Con ello se caracteriza el trabajo de los hombres como una continuación de esta obra creadora que tiene al Verbo encarnado como causa eficiente, ejemplar y final; además, esta colaboración se encamina, a lo largo de las vicisitudes de la historia, a una plenitud que deriva del misterio de Cristo considerado en su globalidad.

Francisco A. Castro Pérez. LA LUZ DEL VERBO ENCARNADO – La encarnación como principio antropológico y eclesial en el Concilio Vaticano II.Posted byignacysoler

Pierwsza Niedziela św. Józefa

Zdolność Maryi, by żyć oglądaniem Boga jest, by tak rzec, zaraźliwa. Pierwszym, który tego doświadczył, był św. Józef. Jego pokorna i szczera miłość do swej obiecanej oblubienicy i decyzja, by zjednoczyć swoje życie z życiem Maryi pociągnęła i wprowadziła także jego, który był już „człowiekiem sprawiedliwym” (Mt 1,19), w szczególną zażyłość z Bogiem. Z Maryją bowiem, a następnie przede wszystkim z Jezusem, rozpoczyna on nowy sposób więzi z Bogiem, przyjęcia Go w swym życiu, wejścia w Jego plan zbawienia, pełniąc Jego wolę. Ufnie idąc za wskazaniem Anioła: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki” (Mt 1, 20), zabrał Maryję do siebie i dzielił z Nią swoje życie; naprawdę dał całego siebie Maryi i Jezusowi, to zaś doprowadziło go do doskonałej odpowiedzi na otrzymane powołanie.

Ewangelia, jak wiemy, nie zachowała żadnych słów Józefa; jego obecność jest milcząca, ale wierna, stała, pracowita. Możemy sobie wyobrazić, że on, podobnie jak jego Oblubienica i pozostając z nią w wewnętrznej zgodzie, przeżywał lata dzieciństwa i dorastania Jezusa, kosztując – by tak rzec – Jego obecności w swej rodzinie.

Józef w pełni, pod każdym względem wypełnił swą rolę ojcowską. Z pewnością wychował wraz z Maryją Jezusa do modlitwy. To przede wszystkim on prowadził Go do synagogi, na obrzędy szabatu, jak również do Jerozolimy, z okazji wielkich świąt ludu Izraela. Józef, zgodnie z tradycją żydowską, przewodniczył modlitwie domowej zarówno na co dzień – rano, wieczorem, przy posiłkach – jak i z okazji głównych świąt religijnych. Tak więc, w rytmie dni spędzonych w Nazarecie, w prostym domu i warsztacie Józefa Jezus nauczył się, by na przemian modlić się i pracować oraz ofiarowywać Bogu także trud zarabiania na niezbędny dla rodziny chleb.

Mary’s ability to live by God’s gaze, is so to speak, contagious. The first to experience this was St Joseph. His humble and sincere love for his betrothed and his decision to join his life to Mary’s attracted and introduced him, “a just man”, (Mt 1:19), to a special intimacy with God. Indeed, with Mary and later, especially, with Jesus, he began a new way of relating to God, accepting him in his life, entering his project of salvation and doing his will. After trustfully complying with the Angel’s instructions “Do not fear to take Mary your wife” (Mt 1:20) — he took Mary to him and shared his life with her; he truly gave the whole of himself to Mary and to Jesus and this led him to perfect his response to the vocation he had received.

As we know, the Gospel has not recorded any of Joseph’s words: his is a silent and faithful, patient and hard-working presence. We may imagine that he too, like his wife and in close harmony with her, lived the years of Jesus’ childhood and adolescence savouring, as it were, his presence in their family.

Joseph fulfilled every aspect of his paternal role. He must certainly have taught Jesus to pray, together with Mary. In particular Joseph himself must have taken Jesus to the Synagogue for the rites of the Sabbath, as well as to Jerusalem for the great feasts of the people of Israel. Joseph, in accordance with the Jewish tradition, would have led the prayers at home both every day — in the morning, in the evening, at meals — and on the principal religious feasts. In the rhythm of the days he spent at Nazareth, in the simple home and in Joseph’s workshop, Jesus learned to alternate prayer and work, as well as to offer God his labour in earning the bread the family needed.

La capacidad de María de vivir de la mirada de Dios es, por decirlo así, contagiosa. San José fue el primero en experimentarlo. Su amor humilde y sincero a su prometida esposa y la decisión de unir su vida a la de María lo atrajo e introdujo también a él, que ya era un «hombre justo» (Mt 1, 19), en una intimidad singular con Dios. En efecto, con María y luego, sobre todo, con Jesús, él comienza un nuevo modo de relacionarse con Dios, de acogerlo en su propia vida, de entrar en su proyecto de salvación, cumpliendo su voluntad. Después de seguir con confianza la indicación del ángel —«no temas acoger a María, tu mujer» (Mt 1, 20)— él tomó consigo a María y compartió su vida con ella; verdaderamente se entregó totalmente a María y a Jesús, y esto lo llevó hacia la perfección de la respuesta a la vocación recibida.

El Evangelio, como sabemos, no conservó palabra alguna de José: su presencia es silenciosa, pero fiel, constante, activa. Podemos imaginar que también él, como su esposa y en íntima sintonía con ella, vivió los años de la infancia y de la adolescencia de Jesús gustando, por decirlo así, su presencia en su familia.

José cumplió plenamente su papel paterno, en todo sentido. Seguramente educó a Jesús en la oración, juntamente con María. Él, en particular, lo habrá llevado consigo a la sinagoga, a los ritos del sábado, como también a Jerusalén, para las grandes fiestas del pueblo de Israel. José, según la tradición judía, habrá dirigido la oración doméstica tanto en la cotidianidad —por la mañana, por la tarde, en las comidas—, como en las principales celebraciones religiosas. Así, en el ritmo de las jornadas transcurridas en Nazaret, entre la casa sencilla y el taller de José, Jesús aprendió a alternar oración y trabajo, y a ofrecer a Dios también la fatiga para ganar el pan necesario para la familia.

La capacité de Marie de vivre du regard de Dieu est, pour ainsi dire, contagieuse. Le premier à en faire l’expérience a été saint Joseph. Son amour humble et sincère pour sa fiancée et la décision d’unir sa vie à celle de Marie l’a attiré et introduit lui aussi, qui était déjà un « homme juste » (Mt 1, 19), dans une intimité particulière avec Dieu. En effet, avec Marie, et ensuite surtout avec Jésus, il inaugure une nouvelle façon de se mettre en relation avec Dieu, de l’accueillir dans sa propre vie, d’entrer dans son projet de salut, en accomplissant sa volonté. Après avoir suivi avec confiance l’indication de l’Ange — « ne crains pas de prendre chez toi Marie, ton épouse » (Mt 1, 20) — il a pris Marie avec lui et il a partagé sa vie avec elle ; il s’est vraiment entièrement donné à Marie et à Jésus, et cela l’a conduit vers la perfection de la réponse à la vocation reçue.

L’Evangile, comme nous le savons, n’a conservé aucune parole de Jo- seph: sa présence est silencieuse, mais fidèle, constante, active. Nous pouvons imaginer que lui aussi, comme son épouse et en intime harmonie avec elle, a vécu les années de l’enfance et de l’adolescence de Jésus en goûtant, pour ainsi dire, sa présence dans leur famille.

Joseph a pleinement accompli son rôle paternel, sous chaque aspect. Il a certainement éduqué Jésus à la prière, avec Marie. Il l’aura en particulier emmené avec lui à la synagogue, lors des rites du samedi, ainsi qu’à Jérusalem, pour les grandes fêtes du peuple d’Israël. Joseph, selon la tradition juive, aura guidé la prière domestique, aussi bien quotidienne — le matin, le soir, lors des repas —, qu’à l’occasion des principales fêtes religieuses. Ainsi, au rythme des journées passées à Nazareth, entre la maison simple et l’atelier de Joseph, Jésus a appris à alterner prière et travail, et à offrir à Dieu également la fatigue pour gagner le pain nécessaire à la famille.

La capacità di Maria di vivere dello sguardo di Dio è, per così dire, contagiosa. Il primo a farne l’esperienza è stato san Giuseppe. Il suo amore umile e sincero per la sua promessa sposa e la decisione di unire la sua vita a quella di Maria ha attirato e introdotto anche lui, che già era un «uomo giusto» (Mt 1,19), in una singolare intimità con Dio. Infatti, con Maria e poi, soprattutto, con Gesù, egli incomincia un nuovo modo di relazionarsi a Dio, di accoglierlo nella propria vita, di entrare nel suo progetto di salvezza, compiendo la sua volontà. Dopo aver seguito con fiducia l’indicazione dell’Angelo – «non temere di prendere con te Maria, tua sposa» (Mt 1,20) – egli ha preso con sé Maria e ha condiviso la sua vita con lei; ha veramente donato tutto se stesso a Maria e a Gesù, e questo l’ha condotto verso la perfezione della risposta alla vocazione ricevuta.

Il Vangelo, come sappiamo, non ha conservato alcuna parola di Giuseppe: la sua è una presenza silenziosa, ma fedele, costante, operosa. Possiamo immaginare che anche lui, come la sua sposa e in intima consonanza con lei, abbia vissuto gli anni dell’infanzia e dell’adolescenza di Gesù gustando, per così dire, la sua presenza nella loro famiglia.

Giuseppe ha compiuto pienamente il suo ruolo paterno, sotto ogni aspetto. Sicuramente ha educato Gesù alla preghiera, insieme con Maria. Lui, in particolare, lo avrà portato con sé alla sinagoga, nei riti del sabato, come pure a Gerusalemme, per le grandi feste del popolo d’Israele. Giuseppe, secondo la tradizione ebraica, avrà guidato la preghiera domestica sia nella quotidianità – al mattino, alla sera, ai pasti -, sia nelle principali ricorrenze religiose. Così, nel ritmo delle giornate trascorse a Nazaret, tra la semplice casa e il laboratorio di Giuseppe, Gesù ha imparato ad alternare preghiera e lavoro, e ad offrire a Dio anche la fatica per guadagnare il pane necessario alla famiglia.

Marias Fähigkeit, vom Blick Gottes zu leben, ist sozusagen ansteckend. Der erste, der diese Erfahrung gemacht hat, war der hl. Josef. Seine demütige und aufrichtige Liebe zu seiner Verlobten und die Entscheidung, sein Leben mit Marias Leben zu verbinden, hat auch ihn, der »gerecht« war (Mt 1,19), in eine einzigartige Vertrautheit mit Gott hineingezogen und eingeführt. Denn mit Maria und dann vor allem mit Jesus beginnt er, eine neue Beziehung zu Gott herzustellen, ihn in sein eigenes Leben aufzunehmen, in seinen Heilsplan einzutreten, indem er seinen Willen erfüllt. Nachdem er vertrauensvoll der Weisung des Engels gefolgt ist – »fürchte dich nicht, Maria als deine Frau zu dir zu nehmen« (Mt 1,20) –, hat er Maria zu sich genommen und sein Leben mit ihr geteilt; er hat sich wirklich ganz und gar Maria und Jesus hingegeben, und das hat seine Antwort auf die empfangene Berufung zur Vollkommenheit geführt.

Wie wir wissen, ist im Evangelium kein einziges Wort von Josef überliefert: Seine Gegenwart ist eine schweigende, aber treue, beständige, tätige Gegenwart. Wir können uns vorstellen, daß auch er, wie seine Verlobte und in inniger Übereinstimmung mit ihr, die Jahre der Kindheit und Jugend Jesu gelebt hat, indem er sozusagen Seine Gegenwart in ihrer Familie genossen hat.

Josef hat seine väterliche Aufgabe völlig erfüllt, in jeder Hinsicht. Sicher hat er Jesus zum Gebet erzogen, gemeinsam mit Maria. Insbesondere wird er ihn mit in die Synagoge genommen haben, zum Sabbatgottesdienst, sowie nach Jerusalem, zu den großen Festen des Volkes Israel. Gemäß der jüdischen Tradition wird Josef das häusliche Gebet geleitet haben, sowohl im Alltag – am Morgen, am Abend, bei den Mahlzeiten – als auch an den wichtigsten religiösen Festen. So hat Jesus im Rhythmus der Tage, die er in Nazaret zwischen dem bescheidenen Haus und Josefs Werkstatt verbracht hat, gelernt, Gebet und Arbeit abzuwechseln und auch die Mühen, um der Familie das nötige Brot zu verdienen, Gott als Opfer darzubringen.

https://www.oaza.pl/cdm/strefa-modlitwy/katechezy-benedykta-xvi-o-modlitwie/26-rodzina-pierwsza-szkola-modlitwy-katecheza-benedykta-xvi-z-28-grudnia-2011

https://www.vatican.va/content/benedict-xvi/it/audiences/2011/documents/hf_ben-xvi_aud_20111228.html